Pierwszego
dnia wiosny pogoda w zupełności sprzyjała rodzinnemu wyjściu na spacer czy
piknik. Miyuki akurat uczestniczyła w imprezie jako jedna z „atrakcji”. Miał na
sobie lekką sukienkę, a na głowie wianek z kwiatów. Lubiła takie imprezy i
bardzo chętnie w nich uczestniczyła, a akurat tą organizowała jej szkoła. Było
bardzo rodzinnie. Szkoda, że Yoko musiała spędzać akurat ten dzień w szpitalu.
Spodobałoby się jej tutaj. Westchnęła cicho… Chyba najbardziej chciała się tu
pojawić razem z Sasorim i Naokim. Urządzić taki rodzinny piknik. Marzyło jej
się, by usiedli pod drzewem… Sasori położył się i zasnął na jej kolanach, a ona
mogłaby wpatrywać się w niego godzinami… Przez ostatni telefon Akasuny mocno
się napaliła na myśl, w której dzieliliby przyszłość.
- Cześć, Miyuki. – Z zamyślenia wyrwało ją powitanie kogoś,
kto najwyraźniej ją rozpoznał. – Fajnie cię widzieć, ładnie wyglądasz! – Konan
uśmiechnęła się, podchodząc do niej razem z jakąś dziewczyną o krótkich,
brązowych włosach.
- Cześć, Konan. Mi również miło cię widzieć. – Przytuliły
się na powitanie, a potem Miyuki wyciągnęła rękę do jej znajomej. – Miyuki
Kazama.
- Rin Nohara. – Dziewczyna uśmiechnęła się. – Fajna
sukienka. Twoja czy tylko kazali ci ją ubrać?
- Kazali – odburknęła. – Jest świetna, ale jest jednak
strasznie zimno. Przyszłyście na piknik?
- Pewnie, trzeba naszych nerdów czasem wyciągnąć z domu –
zaśmiała się Rin.
- Yahiko i Obito, nie wiem czy ich kojarzysz – wyjaśniła
Konan. – To ci tam, przy budce z hot-dogami… - Wskazała. Miyuki nie zna za
dobrze ich znała, tylko Sasori na nich narzekał. – Cała kasa idzie na cele
charytatywne, nie?
- Mhm, moja szkoła to organizuje, dlatego załapałam się… Właśnie,
mam rozdawać ulotki – przypomniała sobie i podała dziewczynom po kartce z koszyczka.
– To pierścionek zaręczynowy? – zapytała. Konan uśmiechnęła się dumnie.
- Owszem. Yahiko mi się oświadczył w nowy rok.
- Ojej, gratulacje! – Wyściskała ją porządnie.
Dziewczyny
pogadały jeszcze chwilę. A właściwie długą chwilę, dobrze im się ze sobą
rozmawiało. Popytały o szkołę, ale każda miała całkiem inny kierunek. Jedna
architektura, druga dziennikarstwo, a trzecia pedagogika. Mimo to świetnie się
rozumiały. Gadałyby dłużej, gdyby ich faceci się nie wtrącili. No, ale sorry, w
czasie ich rozmów zdążyli zjeść, a nawet zastanawiać się nad konsystencją sosu.
Konan wyskoczyła na koniec z propozycją wspólnych zakupów, taki babski dzień.
Muszą się kiedyś umówić, koniecznie.
Po chwili
stania i rozdawania ulotek zdążyła porządnie zmarznąć. Organizator pozwolił jej
jedynie odziać się w bluzę i tak zrobiła. Jak dostanie jakiegoś zapalenia, to
go o to oskarży. Po kilku minutach usłyszała piękny, aczkolwiek szorstki dźwięk
skrzypiec. Spojrzała w stronę dźwięku i zauważyła czterech chłopaków z różnymi
instrumentami, którzy najwyraźniej chwalili się między sobą umiejętnościami.
Był wśród nich znany jej czarnowłosy chłopak. Obserwowała go z daleka, ale
naprawdę, gdy grał to widać w nim było bijącą pasję. Przymykał oczy, by oddać
się dźwiękowi, albo zginał kolana, kiedy przechodził z wyższego na niższy
dźwięk. Po chwil zauważył ją i się uśmiechnął. Miyuki odwróciła się skrępowana,
zaczęła klepać się po policzkach, aby zszedł z nich ten paskudny rumieniec.
- Hej Miyuki! – zawołał Iseo,
udała, że go nie słyszy i ruszyła przed siebie. – Cze-Czekaj…! – Przekazał
swojemu koledze skrzypce do pilnowania, a następnie podbiegł do dziewczyny. –
Cześć – mruknął stając przed nią.
- Och, cześć Iseo – uśmiechnęła
się, udając, że dopiero co go zobaczyła.
- Zapamiętałaś moje imię. – Zacisnął
dumnie pięść. – Cieszę się!
- Skąd wiesz, że nie przeczytałam
z wizytówki? – zaśmiała się, wskazując na przyczepioną do jego koszuli kartkę.
- Ponieważ… - odczepił
nieszczęsny przedmiot z koszuli i schował do kieszeni. – Nie mam żadnej
wizytówki – stwierdził, udając, że nie ma pojęcia o co jej chodzi. Ona
natomiast zaśmiała się słodko. – Dlaczego uciekałaś?
- Nie uciekałam – zaprzeczyła,
odwracając głowę w bok.
- Nie, wcale.
- No wcale!
- Tylko szybko szłaś.
- Właśnie tak! – przytaknęła, a
ten się zaśmiał lekko. Imponował mu jej urok. Była taka kobieca… Nie przyznałby
się, ale na pewno było widać, że mu się spodobała.
- Pewnie cię wystraszyłem swoim
graniem – powiedział, by podjąć temat. – Powiedz prawdę. Tu są dzieci, a ja nie
chcę być ich zmorą. - Uśmiechnął się.
- Bez obaw, wspaniale grasz.
Podoba mi się z jaką lekkością operujesz instrumentem – orzekła szczerze. Naprawdę,
miał taki niesamowity talent, że nie powinien nawet udawać skromnego.
- A ty na czymś grasz…?
- Iseo, wołają cię… Och, co to za
piękność? – zapytał jego znajomy, spoglądając na dziewczynę od stóp do głów.
Zaczerwieniła się. – Nazywam się Keichiro.
- Miyuki – uścisnęła jego dłoń.
Niezwykle przystojny chłopak. Od razu było po nim widać, że dba o siebie pod
każdym względem. – Przyjaciele?
- Skąd… To tylko mój współlokator
w akademiku – odpowiedział Iseo.
- Wołają cię. Pozwól, że ja
dotrzymam towarzystwa twojej znajomej.
Iseo dosyć
niechętnie się od nich oddalił, a Keichiro nie tracił czasu i od razu wdał się
w rozmowę z Miyuki, towarzysząc jej, gdy rozdawała ulotki. Przyjemnie jej się z
nim rozmawiało, podobało jej się, że to on w dużej mierze prowadził rozmowę. Nie
pozwolił, by nadarzyła się okazja, aby go spławiła, a rozmowy z nim były
interesujące. Studiował chemię, co szczerze ją zdziwiło, bo w ogóle nie wygląda
na ścisły umysł. Raczej pasowałby na kogoś, kto udał się w kierunku wychowania
fizycznego, albo czegoś w tym stylu.
- No widzisz, dbam o siebie.
Codziennie biegam, jem zdrową żywność i… No okej, nie będę ściemniał, bo wypić
sobie lubię – mruknął z uśmiechem.
- Jak każdy – uśmiechnęła się.
- Pewnie wiele razy to słyszysz,
ale masz piękny uśmiech.
- Heh, dziękuję. – Boże, tak się
zawstydziła, że nie wiedziała co powiedzieć.
- Masz chłopaka? – Pokręciła
przecząco głową. – To może się umówimy?
- No nie wiem… - Za plecami
chłopaka zobaczyła Konan, która dała jej znak, jakby się oparzyła. Taki ten
chłopak gorący, że o jacie. Uśmiechnęła się na ten gest. Co tu kryć? Kiedy
podrywa cię przystojny chłopak, to jest się z tego powodu cholernie dumnym.
- To może dam ci swój numer i
czas na zastanowienie?
- Okej… To chyba będzie w
porządku.
- Na pewno, ale pamiętaj… - Zapisał
swój numer w jej telefonie. – Twój każdy dzień zwłoki, coraz to bardziej łamie
mi serce – stwierdził teatralnie, oddając jej telefon.
- Może lubię łamać serca? –
mruknęła retorycznie, ale chłopak jej nie uwierzył.
Ku jej zdziwieniu chłopak nie
zakończył towarzyszenia jej po podaniu swojego numeru. Chyba naprawdę mu
zależało. To było całkiem słodkie z jego strony. Ale nie mógł liczyć na nic
większego. Jej serce było już dla kogoś zarezerwowane.
Kolejnego
późnego popołudnia, zgodnie z umową, a właściwie rozporządzeniem, Deidara szedł
po Tayuyę, odebrać ją spod uniwersytetu. Miała się wybrać do jego domu, ale
wcześniej kazała mu jeszcze po siebie przyjść. Jakby nie wiedziała, gdzie
mieszka. Kurwa, co to ma być, aby on się musiał z domu fatygować, by pójść z
nią właśnie do domu. No ludzie! Kobiety nadużywają swojej władzy tą swoją
logiką. Przecież mieszkał bardzo niedaleko.
Usiadł
sobie na ławce, ponieważ miał czekać jeszcze jakieś dziesięć minut. Postanowił
wykorzystać ten czas na granie w jakieś gierki w telefonie. Wtedy z drugiej
strony ławki usiadły jakaś laska, a przed nią stały z kolei dwie inne i sobie
rozmawiały… No na cholerę ma słuchać, skoro były tak skąpo ubrane… Obraziłby
je, gdyby nie spojrzał. Ale oczywiście ukradkiem. Jedna z nich miała cudowne
nogi… Długie, zgrabne i niesamowicie seksowne. Druga miała z kolei świetny
tyłek. Było za co złapać… Albo w co wejść, jak kto woli. Potajemnie nawet
zrobił zdjęcie tej laleczce i oczywiście wysłał Hidanowi. Przecież nie wysłałby
tego Saso, jeszcze Miyuki zrobiłaby mu scenę zazdrości… Znaczy się Kaoru! Boże,
już mu się mylą te imiona.
- Cześć, skarbie – mruknęła Tay.
Wstał z ławki przytulając ją do siebie. – Długo czekałeś?
- Nie… Chyba. Czas szybko zleciał.
– Niechcący zerknął na obserwujące ich laski, ale natychmiast się poprawił.
Tayuya jednak nie zostawiła tego bez komentarza.
- Śmiesz gapić się na inne? –
burknęła groźnie i nawet nie czekała na odpowiedź. – Chcecie autograf, zdziry?!
Won stąd, bo wam klienci spierdolą! – warknęła dumnie, a potem Dei ją odciągnął
w stronę bramy.
- Tayuya daj spokój, wstydu
oszczędź – zaśmiała się z niego i przytuliła do jego pasa.
- Sodobała ci się któraś?
- Nie… - To się nazywa
pytanie-pułapka, momentalnie uruchomił czujność.
- No dawaj, nie będę zła. – Oooch
tak, na pewno w to wierzył.
- Serio, takie laski są dobre na
chwilę. Ty jesteś bardziej w moim guście – odpowiedział. Może to wyszło jak
tania wymówka, ale naprawdę tak sądził. I dostał za to nagrodę. Buziaka.
Szła z nim i szła, aż w końcu
zwróciła mu uwagę, że parking jest po drugiej stronie. Wyśmiał ją. No kurde,
jaka księżniczka się znalazła. Jeszcze czego! Paliwo po drodze nie chodzi, a
takie dwadzieścia minut spacerkiem jest o wiele bardziej wydajniejsze. Tayuya
jednak ciągle marudziła. No kurwa, na zajęciach siedzi w sali na dupie, a nie
biega w jakimś maratonie. Nie męczy się. Mogłaby już dorosnąć.
- Zamknij się wreszcie – rzekł do
niej z przesadną czułością w głosie. – Spacerek ci nie zaszkodzi.
- Nie za…? Co? Co to niby miało znaczyć?! – Wyrwała dłoń
z jego uścisku i była gotowa na zrobienie awantury na środku chodnika. – Masz
jakiś problem z moją wagą?!
- Nie…!
- To już nie pierwszy raz, gdy
się tego czepiasz!
- Ale…
- To przestało być zabawne,
wiesz?!
- Mnie śmieszy… - Momentalnie
zatkał sobie usta dwiema dłońmi. Nigdy mu nie przerwie, kiedy faktycznie
powinna! No pierdolić takie niewdzięczne życie! – Nie chciałem tego powiedzieć!
– Znalazł sobie po prostu głupi moment na żarty. – Nie jesteś gruba. Sasori ci
nawet powiedział ostatnio, że masz niedowagę. A to lekarz!
- Widzisz, on przynajmniej wie co
powiedzieć. - Założyła ręce na piersiach.
- Hah! – parsknął kpiąco. – Akurat
Sasori nie był dobrym przykładem w temacie związków. – Tak bardzo wszystkie kochał,
że mu pouciekały.
- Jeszcze raz powiedz, że jestem
gruba, a wetrę cię w tą ziemię!
- Dobra… - bąknął. – to jakim
cudem ty chcesz mieć dzieci, skoro nie chcesz przytyć? – zapytał, w ogóle tego
nie pojmując.
- Będę gruba tylko w ciąży - Brak
mu było słów na taki argument. Nie, to nawet nie był argument! – czy tam przy
nadziei.
- Aha… I przy nadziei, że lustro
kłamie – skomentował. – W ciąży będziesz żreć za dwóch. I do tego masz trzy
opcje, jesz, bo chcesz. Jesz, bo musisz i jesz, bo taką masz zachciankę –
uświadamiał ją w tej brutalnej prawdzie. – Ale nikt ci nie powie, że stajesz
się tłusta, bo przecież jesteś w ciąży. – Słuchała go, z udawanym
zaciekawieniem. – A jak krasnal wyjdzie, to zostawi ci wałki tłuszczu na
brzuchu. Ozdobi cię licznymi rozstępami. – Po plecach przeszły go dreszcze. – Obrzydliwe.
- Świetnie się w tym wszystkim
orientujesz… byłeś już w ciąży?
- Ha, ha, ha… bardzo zabawne.
- Mnie śmieszy – odpłaciła mu
pięknym za nadobne.
Skoro
posłuchała wykładu Deidary przeciwko dzieciom, to teraz czas na jej argumenty.
A miała ich naprawdę sporo, głównie przez Saso, od którego podebrała naprawdę
mocne kwestie. Może i dzieciaki dają szczęście, ale dają też co innego, na
przykład kupę! Tayuya przewróciła oczami, nie będzie z nim w ten sposób rozmawiać.
- Yo, Douhito! – zawołał go jakiś
kobiecy głos z przeciwnej strony ulicy. Obejrzał się tam i skrzywił.
- Po nazwisku dostaje się po
pysku, Sheeiren – odpowiedział, zamiast się kulturalnie przywitać. Cały
Deidara. – Czyżbyś wyprowadziła swojego psa na spacer? – mruknął, patrząc
wymownie na Uchihę.
- Ekhm! – chrząknęła Tayuya,
ponaglając go, aby ją przedstawić.
- Ach, racja… Przepuście nas, spieszy
nam się – powiedział w ich stronę, na co Tay szturchnęła go w ramię.
- Tayuya jestem. - Podała rękę Imai.
-
Sheeiren, a to mój chłopak, Itachi. – Pff, nawet laska musiała tego
kreta przedstawiać! Deidara w porę powstrzymał swoją dziewczynę przed
uściśnięciem ręki z Uchihą.
- Nie dotykaj go. Pewnie nie mył
rąk – stwierdził.
- Myłem, myłem. Użyłem nawet mydła…
Ach, wybacz, ty pewnie nawet nie wiesz co to jest… To taka zapachowa kostka.
- Używam mydła w płynie. Ups,
pewnie jesteś na to za bardzo zacofany… To taka gęsta zapachowa woda.
- Nie lubią się? – zapytała
Tayuya, patrząc na Shee.
- Mało powiedziane. – Uśmiechnęła
się. - Co robicie?
- Idę na obiad do Deidary, a w
międzyczasie gadaliśmy o dzieciach…
- O dzieciach? – wtrącił Itachi,
starając się pohamować śmiech. – Chcesz mieć dzieci, Dei?
- Nie! – odwarknął.
- Twoja najmądrzejsza decyzja w
życiu.
- Możesz zamknąć mordę?!
- Nie.
Jak on go
nienawidził. Jak on go, kurwa mać, NIENAWIDZIŁ! Poszedłby sobie uprzykrzać
życie innym ludziom, a nie jemu. Tayuya rozwinęła swoją wypowiedź, że ciągle
przekonuje Deidarę do zmiany zdania o dzieciach. Jak widać jest to syzyfowa
praca. Trochę ją dziwiło, że żaden z jego przyjaciół się nie dziwił tej
awersji, bo ona sama bardzo chciała poznać jej źródło. To z jaką pogardą się
wypowiadał o dzieciach było naprawdę ciekawe.
- Deidara przesadza. Zawsze
przesadza. We wszystkim – skomentował Itachi. – Dzieci są fajne.
- Nie masz ich, to nie strugaj eksperta
- oznajmił blondyn. – Zrób sobie, jak potrafisz. Świat potrzebuje takich
ciamajd, by móc się wybić na piedestał.
- Za to ciebie w ogóle nie
potrzebuje… - W tym momencie rozległ się dźwięk alarmu samochodowego. Sheeiren
zerknęła w tamtą stronę i… No, właściciel samochodu na pewno nie będzie
zadowolony.
- Itachi… samochód. – Wskazała na
niedaleko zaparkowane autko. Mężczyzna wytrzeszczył oczy i czym prędzej udał
się w tamtą stronę. Naturalnie Deidara nie mógł tego przegapić, któż to
spierdolił mu grata?
- Cholera jasna! Co się stało?! –
zapytał sam siebie, szyba była wybita jakimś odłamkiem cegły na tysiące
kawałeczków. Sheeiren poklepała go pocieszająco po plecach.
- Proszę pana, proszę pana! –
zawołały jakieś podwórkowe dzieciaki. – Przepraszamy! Nie chcieliśmy,
przepraszamy!
- To wy…? - wtrąciła Tayuya.
- Tak, bo nam się pomyliły
zaklęcia! Miało być vingardium leviosa, a kolega użył expecto patronum –
wytłumaczył chłopiec z krzywą miną, po czym zwrócił się do kolegi. – Mówiłem ci,
żebyś uważał!
- Naprawdę przepraszam! Naprawię
to. - Chłopiec wyciągnął zza gumki ze spodni długi patyk i wycelował w samochód
Itachiego. – Optus reparo!
Deidara nie
wytrzymał i parsknął gromkim śmiechem. Itachiemu za to w ogóle nie było do
śmiechu, a dziewczyny tłumiły w sobie rozbawienie. Dei zagadał, że się nic nie
stało, że smarkacz pewnie dopiero na pierwszym roku Hogwartu. Przytaknął mu, w
końcu pan miał rację. Na odchodne rzucił jeszcze, że się mylił i dzieci
potrafią być czasem fajne, a następnie opuścił wraz z Tayuyą owe towarzystwo.
Prawie
wybiła godzina w której miała skończyć pracę. Co prawda Sasori już przed paroma
minutami wrócił do domu, ale nawet nie zdążył jej zaproponować „odmeldunku”, a
już zadzwonił do niego Yahiko z jakąś sprawą, a przy okazji Konan sobie z nim
gadała i gadała. W takim razie Miyuki wraz z Naokim pałaszowali w kuchni.
Dziewczyna kupiła mu bagietkę w sklepie, bo mały po obejrzeniu kreskówki nabrał
ochoty na zjedzenie długiej kanapki. Postanowiła spełnić jego życzenie, a co!
Oczywiście kanapka nie była najdłuższa, bo wiadome było, że by tego nie zjadł.
W pewnej
chwili zadzwonił dzwonek do drzwi. Postanowiła jeszcze w tym wyręczyć
Sasoriego. Naturalnie owym gościem była Kaoru. Przywitała się z nią, emanując
sztuczną uprzejmością. Kaoru też grała miłą. Na początku traktowała ją
obojętnie, ale widząc i słysząc stosunek Sasoriego do tej niani to, no cóż,
wchodziła w kategorię rywalki. W dodatku Naoki ją lubił, to ją mogło zgubić.
- Cześć, Naoki – przywitała się
wesoło z chłopczykiem, będąc już w kuchni.
- Yo. – Tego zwrotu nauczył się
od Hidana. Wujek mu powiedział, że tak się witają fajni ludzie. A on chciał być
fajny.- A Miyuki…? – przestraszył się, że już sobie poszła.
- Już idę. – Dziewczyna uśmiechnęła
się wkraczając do kuchni, zakasała rękawy w bluzie. – To co robimy najpierw?
- Najpierw masło! – mówił wolno i
wyraźnie, przynajmniej starał się. – Mogę pośma… posmaRRRować?
- PosmaRRRować? – Zamyśliła się.
– Okej, posmaRRRuj. – Uśmiechnęła się, dając mu nożyk.
- Dajesz mu nóż do ręki? To
niebezpieczne jest, wiesz? – wtrąciła z przekąsem Kaoru.
- Pilnuję go cały czas. Tak się
staje bardziej samodzielny… W dodatku jest mądrym chłopcem, nie zrobi nikomu
krzywdy, prawda? – Nachyliła się do chłopca, cmokając jego policzek.
- Prawda! – wykrzyknął z
uśmiechem.
- Moje kochane dziecko –
mruknęła, przytulając o do siebie.
- Naoki, chciałbyś może iść
dzisiaj ze mną i z tatą do teatru? – Kaoru ponownie chciała się wbić w jego
uwagę.
- Do teatru…? Co to jest?
- To takie fajne miejsce, gdzie
na scenie występują aktorzy i grają jakąś sztukę. Na przykład czerwonego
kapturka. Znasz tą bajkę? – przekręcił głową. – Nie? Nie czytałaś mu?
- Naoś nie ma takiej książki –
wytłumaczyła się.
- Jakiej? – wtrącił, wchodzący do
kuchni Sasori. Schował telefon do kieszeni, a wtedy dobił do niego Naoki. Wziął
go na ręce. – Co tam, mistrzu?
- Fajnie. Póciemy do teatru?
- Do teatru? – Sądząc po tym
pytaniu Kaoru nawet nie konsultowała tego z Sasorim.
- Kaoru powieciała, że pójdziemy.
- Ach tak? – Spojrzał na nią, a
potem postawił chłopca na ziemi. – Idź umyj rączki przed kolacją. Co dzisiaj
jemy? – zapytał go, mierzwiąc mu fryzurę.
- Duuuugie kanapki! – Spojrzał
więc na Miyuki, oczekując wyjaśnienia.
- Chodzi o bagietki – mruknęła,
wskazując a zrobione kanapki.
- Ach… A zjesz całą? – zapytał
syna z niedowierzeniem.
- Ociwiście! – Ehh, przy nim to w
ogóle nie uważa jak mówi, nie tak jak przy Miyuki.
- To śmigaj się myć – pogonił go,
a gdy chłopiec zamknął się w łazience, przeniósł wzrok na Kaoru. – Powiadamiaj
mnie wcześniej, jak planujesz jakiś wypad z Naokim – rzekł chłodno. – Zresztą
teatr? Jest za mały na teatr.
- Nie prawda, jest za mały na
kino. Na te wszystkie efekty dźwiękowe i tak dalej. Ale teatr jest w porządku –
wypowiedziała się w tym temacie. Chciała zbliżyć się do Naokiego, a Saso jej to
utrudniał. Niebywałe.
- Trzy godziny ma siedzieć w
jednym miejscu?
- Ojejku, jak mu się znudzi, to wyjdziemy.
– Nawet nie zwracali uwagi, że się kłócą przy Miyuki, a ona nie miała odwagi
się nawet odezwać. – Zapłacę za nasze bilety, skoro tak ci żal kasy.
- Nie o to chodzi… Porozmawiamy
potem – stwierdził, przypominając sobie o obecności Miyuki. – Konan mi
powiedziała, że byłaś ostatnio na imprezie z okazji dnia wiosny. – Uśmiechnął
się do niej.
- Tak, moja szkoła to
organizowała.
- Och, a ja miałam okazje tam być
– rzekła Kaoru, chętnie by jej tam uprzykrzyła pracę.
- Pewnie nie miałaby dla ciebie
czasu. Ponoć jakiś koleś się do ciebie doczepił – mruknął przyjaźnie, ale w
środku czuł coś nie przyjemnego, gdy usłyszał tą wiadomość. Nie chciał, by się
z kimś wiązała. Zabrzmi egoistycznie, ale chciał ją mieć tylko dla siebie.
- Pff, nie doczepił, tylko mnie
podrywał – burknęła. – Mówił, że mu się podobam i wiesz, całkiem fajny był z
niego chłopak i z wewnątrz, i na zewnątrz... Dał mi nawet swój numer –
pochwaliła się, wymachując mu telefonem przed oczami.
- Pewnie to numer do psychiatry
albo chirurga plastycznego – powiedział złośliwie, na co naburmuszyła się.
Kaoru patrzyła na nich z zazdrością. Byli sobie tacy…. bliscy. Za bliscy.
- Zadzwoń do niego - wtrąciła Kaoru, a podchodząc do nich
przytuliła się do boku Saso. Objął ją ramieniem. – Skoro był taki super, to
czemu do niego nie zadzwonisz? – Miyuki zmieszała się lekko. Nie chciała
dzwonić, bo… bo sądziła, że ma szansę u Saso. Ale przecież tego nie powie. – No
dalej…!
- Przestań na nią naciskać. Nie
chce dzwonić, to nie – starał się brzmieć obojętnie, ale chciał, aby jednak
tego nie robiła.
- No, ale dlaczego? Drugi taki
wspaniały facet może się nie trafić… Możemy się nawet umówić kiedyś na podwójną
randkę. - Uśmiechnęła się i na złość dziewczynie, pocałowała Sasoriego w usta.
Niby oddał pocałunek, ale nie był z tego zadowolony. Nie lubił
publicznego okazywania uczuć. Pod wpływem tego do porzygu słodkiego, tęczowego
obrazka, Miyuki podjęła decyzję i zdecydowała się zadzwonić do chłopaka. Stale
patrzyła na reakcję Sasoriego, ale jego uwaga od razu została odwrócona poprzez
nawoływania Naokiego z łazienki. Sasori bez słowa udał się do niego, a Miyuki,
zaczesując kosmyk włosów za ucho, zamierzała udać się do przedpokoju. Kaoru
zatrzymała ją szarpiąc za ramię.
- Zaczekaj, mamy do pogadania –
szepnęła surowo.
- Słucham więc. – Wyrwała się
jej z uścisku, krzywiąc się znacznie.
- Radzę ci się nie zbliżać do
Sasoriego – zaczęła. – Wiem o waszym pocałunku, ty mała ladacznico. Zajmij się
własnym gogusiem, a od mojego faceta się odczep.
- Najwyraźniej słabo go
zadowalasz. Popracuj nad sobą, a mnie zostaw w spokoju. - Chciała ją wyminąć,
ale Kaoru ponownie ją szarpnęła i popchnęła mocno na ścianę.
- Ostrzegam cię. Potrafię się
mścić. A uwierz mi, nie chcesz bym zaczęła to robić – rzekła z niebywałą
pewnością siebie. Miyuki aż przełknęła ślinę. – Napisz temu kolesiowi gdzie i o
której się z nim spotkasz.
- A co jak tego nie zrobię? –
zapytała.
- Skutki poznasz jutro i bynajmniej
cię one nie zadowolą
- Taka jesteś pewna siebie?
- Możesz się przekonać –
wzruszyła ramionami. – ryzykuj.
- Zaryzykuję – odparła równie
pewnie. Co ona mogłaby jej niby zrobić? Nic na nią nie ma.
- W porządku – uśmiechnęła się
sztucznie. – Sasoriemu na pewno się nie spodoba, jak mówisz do Naokiego –
Miyuki obejrzała się na Kaoru. – No wiesz… „moje kochane dziecko”, „moje
słonko”… „mój syneczek”.
- Nigdy go nie nazwałam swoim
synem!
- Potrafię naprawdę dobrze kłamać.
– Ach, ten jej perfidny uśmiech! – Twoje słowo przeciwko mojemu. Chcesz się
przekonać kto wygra?
Nie chciała.
Była przekonana, że uwierzyłby Kaoru. Wyciągnęła telefon z kieszeni i zaczęła
pisać tego sms’a. Zawahała się jeszcze chwilę przed wysłaniem, ale ten
stanowczy wzrok dziewczyny był wystarczającym argumentem. Wysłała. Po chwili
wszedł tam Sasori, a Kaoru powiedziała mu o czynie Miyuki. Spojrzał na nią z
lekkim zawodem, ale ostatecznie zrobił dobrą minę do złej gry. Potem Miyuki
podeszła pożegnać się z Naokim. Sasori ciągle i ciągle na nią patrzył, nie
mogąc wyzbyć się swojej złości na jej postępowanie. W związku musi się bardziej
zaangażować, a wtedy będzie pewnie miała o wiele mniej czasu, by pracować.
- To widzimy się w poniedziałek,
przybij piątkę. – Wystawiła do małego otwartą dłoń i w chwili, gdy ją chciał
przybić, to uchyliła. – Za późno.
- Ej no! – burknął rozbawiony, a potem
się do niej przytulił. – Kocham cię, Miyuki.
- Awww, ja ciebie też. – Po chwili
się od niego odsunęła. – To… Na razie.
- Tak… Miłej randki – Sasori
niemal wypluł te słowa.
Odprowadził
ją do drzwi, a gdy już wyszła, to je za nią zamknął. Może nawet trochę za
mocno. Odetchnął na moment, a potem walnął pięścią w ścianę. Musiał na czymś
wyładować frustracje. Nie sądził, że o taką gównianą sprawę się tak wścieknie,
ale jednak. Poszedł do salonu, a tam zatrzymał go Naoki, pytając czy obejrzy z
nim coś w telewizji. Zgodził się, ale musiał mu dać chwilę na rozmowę z Kaoru.
- Idź włącz bajkę, a ja za chwilę
do ciebie przyjdę. – Pocałował go w główkę i udał w stronę kuchni, ale nie było
tam dziewczyny. Po chwili jednak usłyszał, jak wychodzi z łazienki. Nie tracił
czasu i pociągnął ją do sypialni. – Kaoru powiedz mi, po cholerę się we
wszystko wtrącasz?
- Co masz na myśli? – Usiadła
sobie niewinnie na łóżku.
- To, że… - Urwał, no bo jak to
brzmi? Nie każ Miyuki umawiać się z chłopakami, bo jest mi potrzebna? W każdym
ujęciu słów to brzmi inaczej, niż naprawdę ma na myśli. – Po prostu…
- Chodzi ci o Miyuki? –
zgadywała.
- Nie – skłamał. Zdecydował nie
poruszać tego tematu, źle na tym wyjdzie. – Chodzi mi o
Naokiego i ten cały teatr.
- Powiedz mi co ci się w tym
pomyśle nie podoba? Chcę zaangażować twojego syna w nasze wyjścia.
- Ale ja nie zawsze mam czas na
takie wypady. Nie chcę mu robić nadziei, a potem: „Przepraszam, nie dam rady.”
– Dlatego właśnie chciał, aby go z takim czymś uprzedzać. Już wiele razy go
zawiódł.
- Tak ciężko znaleźć sobie lukę w
dniu? Wiesz co mi się wydaje? Że Naoki jest tak bardzo przywiązany do swojej
niani, że nie pozwoli, by kto inny stał się jego mamą. A ty mi wcale nie
ułatwiasz, aby to zmienić.
- Po co chcesz to zmieniać? Nie
jest ci wygodniej tak jak jest? – Wzburzyło ją to pytanie.
- Nie, nie jest, bo ja myślałam
być dla ciebie kimś więcej, niż twoją dziewczyną, wiesz? Zastanów się nad tym,
a tymczasem zostawię cię samego.
- Zaczekaj. – Zatrzymał ją.
Uśmiechnęła się w duchu, bo wiedziała, że tak będzie.
- Nie, przemyśl to sobie. Na
razie. - Pocałowała go czule, a potem patrząc na niego chwilę, wyszła z
mieszkania.
Sasori był
typem człowieka, którego łatwo zmanipulować. Wiedziała to od kiedy go poznała i
zaczęła się pierwszy raz z nim spotykać. Niby posiadał własne zdanie, ale nie
stał z nim twardo na ziemi, dało się je łatwo zmienić bez jego udziału.
Dało się go przekierować, by robił tak,
jak się chce. No chyba, że wkroczy się na ścieżkę, która jest naprawdę ważna
dla Saso. Rodzina – ta dalsza, jak i bliska, czyli Naoki, przyjaciele i teraz
ta Miyuki. Kaoru musiała powoli i ostrożnie ich od siebie odsuwać.
Sasori
westchnął ciężko. Może miała rację i powinien sobie poukładać ten mętlik w
głowie? Najlepiej teraz zrobiłby, gdyby po prostu zajął się czymś innym. Wszedł
do salonu, gdzie Naoki nawet przyszykował na stole talerz z przygotowanymi
wcześniej kanapkami. No i po co komu jakaś kobieta? Sami sobie zajebiście dają
radę.
- Tato, będzieś mi citał te
bajkę? – zapytał, wskazując mu na kreskówkę. Mówili w niej po angielsku, ale
były napisy. Sasori zerknął więc na bajkę. South Park.
- Cześć Stan. Cześć Clyde, co
robisz? – czytał mu dialogi bohaterów – Szukam Cartmana, wiesz gdzie on jest?
Siema, pizdy, co rob… -- zatkał sobie od razu usta. Tak się wczytał, że nie
zauważył przekleństw w dialogach. – To jest brzydka bajka, włącz co innego.
- Ale ja chcę to!
- Jak będziesz duży to będziesz
to sobie oglądał, a nawet samodzielnie czytał. Teraz obejrzymy co innego.
Naoki był
zawiedziony takim nakazem ze strony taty. Przecież to taka fajna bajka! No
rzeczywiście fajna… Może mu jeszcze puści Happy Tree Friends? Woli spać w nocy,
a nie czuwać przy dziecku. Puścił mu jakieś normalne kreskówki i razem zajadali
się kanapkami.
W
mieszkaniu, w jednym z budynków w centrum miasta, siedzieli sobie Tayuya razem
z Deidarą. Blondyn się wycwanił i akurat zaprosił partnerkę, gdy jego matki nie
było w domu, dlatego mieli sporo czasu dla siebie. Deidara bardzo się postarał
z tą obiadokolacją. Dziewczyna nie wiedziała, że chłopak tak zajebiście gotuje.
Lepiej od niej. Chociaż… Od niej to chyba każdy lepiej gotuje. Leżeli w sobie w
ciszy na łóżku, patrząc na siebie i bawiąc się swoimi palcami w uścisku. Lubili
ten stan, który wtedy czuli. Pełen relaks, nie musieli się ze sobą kochać czy
ogólnie czegoś robić. Po prostu drzemali, leżąc obok siebie. To był naprawdę
fajny wieczór.
- Wiesz o co zostałam dzisiaj
poproszona przez laski ze szkoły? – zagadała Tayuya.
- O co? – zapytał, zaczesując jej
włosy za ucho.
- Żeby uwieść jakiegoś gościa z
naszego wydziału i dać mu nauczkę za znęcanie się nad dziewczynami… Fizyczne
znęcanie – dodała.
- Tacy ludzie kształcą się na
psychologów? – sarknął.
- Najwyraźniej… Jakbyś chciał
wiedzieć, to się nie zgodziłam.
- Wiem. Nie pozwoliłbym ci na to,
tylko załatwił szybko sprawę i mu wpierdolił – stwierdził, a Tayuya pociągnęła
go rozkosznie za nos.
- Oj, oj, mój mężczyzna. – Uśmiechnęła
się złośliwie. Odetchnęła głośno. – Jest tak miło.
- Prawda?
- Musisz częściej organizować
randki – mruknęła złośliwie.
- Mówiłem ci, że nawet w domu
może być fajnie – orzekł dumnie. – Nawet wylądowaliśmy w łóżku, a jesteś tym
zachwycona – wypomniał jej.
- No tak, bo to rzadkość leżeć
przy tobie w łóżku, ale w ubraniu – odparła zgryźliwie.
- No widzisz, cuda się zdarzają.
Jeszcze masz jakieś życzenie? – Uśmiechnął się jednostronnie, a ona się
zamyśliła.
- Hmm… Chcę buzi! –
zakomunikowała, a potem palcem wskazała na swoje wargi. – Tutaj.
Nie musiała
o to prosić, ale spełnił to życzenie. Dał jej bardzo słodkiego całusa, który
tylko zachęcił ją do głębszych kroków. Zatrzymała go, kiedy chciał się oddalić
i ponownie wpiła mu w usta, ciut bardziej natarczywie. Rozchylał jej usta
swoimi, zatracając się w tym pocałunku. Naparł na nią ciałem, a ona nie miała
nic przeciwko. Tay objęła szyję partnera, pozwalając mu na te pieszczoty.
Deidara z uśmiechem zakończył ów czynność czułym pocałunkiem w jej czoło.
Tayuya otwarła przymknięte oczy wzdychając poprzez tą błogą chwilę.
- Dei… Kocham cię – powiedziała
te piękne słowa. Chwila była idealna, jak i wszystko wokół prócz jednego…
- … dziękuję – to właśnie
powiedział Deidara po dłuższej chwili milczenia.
- Dziękuję?! – zakpiła butnie i
uniosła się ostro na łokciach. – Ja ci wyznaję miłość, a ty mi dziękujesz?!
- No bo… Nie wiedziałem co innego
powiedzieć – starał się obronić. Niech się cieszy, że się nie roześmiał, albo
powiedział „aha” to by dopiero ją zabolało. Podziękowania były okej!
- Może „Też cię kocham”? –
odparła retorycznie.
- Chcesz usłyszeć kłamstwo? – To
niezupełnie była prawda, bo coś do niej czuł, ale miał obawy… Tayuya chciała
czegoś, czego on bynajmniej nie chciał i nie przewidywał takiej ewentualności,
by chcieć jej to dać. – Dla mnie to za wcześnie by rzucać takimi ważnymi
słowami.
- Dobra, masz racje. – Położyła
się z powrotem i zakryła twarz dłońmi. – Przepraszam… Powiesz, gdy będziesz
chciał. – nie mogła na nim tego przecież wymuszać. Chciała słów prosto z serca,
a nie wymuszonych.
- Tayuya…
- W porządku, szanuję to. – Uśmiechnęła
się, trochę jednak wymuszenie.
Wtem
usłyszeli trzask drzwi wejściowych. Deidara lekko zdziwił i poszedł sprawdzić,
kim jest ów nieproszony gość. Okazało się, że to jego mamuśka we własnej osobie…
Ktoś tam z jej rodziny, co zachorował, wyzdrowiał szybciej niż się wszyscy tego
spodziewali. Ci, co liczyli na spadek po ciotce, to pewnie byli zawiedzeni. No
takie to w chuj przykre.
- A ty, jak będziesz miał wolne
masz pojechać do dziadka. – Skrzywił się. Dziadek siedział w hospicjum już pół
roku i nadal nie wyzionął ducha… Jest jak babcia Saso. Kiedyś nawet śmiali się,
by ich ze sobą spiknąć.
- Już lecę – sarknął. – On mnie i
tak nie znosi. – Jak i całego przeszłego małżeństwa swojego syna, czyli taty
Deidary.
- Masz gościa? – zapytała
kobieta, wskazując na nieznane jej obuwie.
- Tayuya jest ze mną.
Matka Dei’a
skrzywiła się na ten komunikat. Nie lubiła dziewczyny, ale nie interweniowała,
bo sądziła, że jej chęć posiadania dziecka załatwi sprawę. Jednak najwyraźniej
się pomyliła. W każdym razie nie wtrąca się w miłosne błądzenie syna, póki nie
miało to jakiegoś ogromnego wpływu na życie.
W czasie
weekendu Sasori siedział w mieszkaniu, bawiąc się zabawkami z Naokim, a przy
okazji rozmawiając z Kaoru i gościnnie przybyłej Matsuri. Z tą pierwszą
pogodził się po niedługo po kłótni. Przemyślał sobie wszystko i przyznał jej
rację. Za bardzo przyzwyczaił się do Miyuki, a to przyzwyczajenie miało ogromny
wpływ na jego życie. Jakby tworzył sobie własny scenariusz, gdzie czas mu po
prostu stanął w miejscu. Nie brał pod uwagę jakichkolwiek zmian, choćby takiej,
że Miyuki pozna jakiegoś chłopaka. No, a Matsuri po prostu wpadła bez
zapowiedzi.
Dziewczyny
chyba całkiem nieźle się dogadywały, przynajmniej zdaniem Saso. Matsuri jednak
inaczej do tego podchodziła. Kaoru była fajna, ale uwielbiała rozmawiać o sobie
lub o czymś co ma z nią związek, a zainteresowanie drugą osobą było wręcz
minimalne. Na dłuższą metę rozmowa była bardzo męcząca. Zważywszy, że to ona albo
Sasori wymyślali tematy. Ta damulka nawet nie pomogła Saso zabawiać Naokiego!
- Widziałam się wczoraj z Miyuki,
gdy byłam w kinie z Daisuke – zwróciła się do brata, a Kaoru na dźwięk tego
imienia się poważnie naburmuszyła.
- Dlaczego byłaś z nim w kinie? –
Uniósł brew do góry. No rany, daje mu korki z biologii, a ten ciśnie się do
jego siostry? Gdzie tu szacunek? Ech… - Podobno między wami nigdy nic nie
będzie.
- To prawda! Ale zaprosił mnie do
kina…
- Liczy na kolejne darmowe korki?
– sarknął z przekąsem.
- Hah?! To nie brałeś od niego za
to kasy? – zdziwiła się.
- Daj spokój, nie będę brał od
twoich znajomych pieniędzy… Zresztą, jak widać odbił to sobie, zabierając cię
do kina. – Czyli jakby uczciwa zapłata. Matsuri jednak zacisnęła ze złości
pięści.
- Ten gnojek… - warknęła do
siebie. – Powiedział mi, że jest przez ciebie spłukany i sama musiałam sobie zapłacić
za bilet i inne rzeczy. W dodatku zeżarł mi pop corn. – Zajebie go. Niech no
tylko się jej na oczy pokaże!
- No to fajnych kolegów masz, Matsuri
– stwierdziła Kaoru. – w waszej rodzinie to chyba wszyscy mają rolę bycia zbyt
łatwowiernym w aspekcie przyjaźni – powiedziała ostrożnie. Zarówno brat, jak i
siostra są ciągle wykorzystywani i niezbyt w porządku traktowani przez
znajomych.
- Być może, ale każdy chce się z
nami zadawać – mruknęła dumnie Matsuri. – A wracając do Miyuki. Widziałam ją z
jakimś przystojnym kolesiem.
- No i co z tego? – zapytał
obojętnie.
- Tylko mówię…
- Nie prosiłem cię o to –
powiedział. – Chcecie się czegoś napić?
Matsuri się zgłosiła do gorącej
herbaty i zdecydowała zająć Naokim. Kaoru nie bardzo podobała się ta obecność
dziewczynki, bo miała inne plany. Nawet nie zapowiadało się, aby ta w końcu
wyszła. Postanowiła więc jutro zawitać do Sasoriego, a tymczasem już wyjść i pozostawić
ich samych sobie. Naturalnie Sasori ją chciał zatrzymać, ale i tak została przy
swoim. Pocałowała go na pożegnanie i wyszła. Matsuri chwilowo nie komentowała,
poczekała cierpliwie, aż Sasori przyniesie obiecaną herbatę i na stałe z nią usiądzie.
Teraz mieli warunki do wygodnej rozmowy, nie musząc uważać na słowa.
- Jakie masz jutro plany Naoki? –
zapytała miło bratanka.
- Jutro jadę z tatą do wujka –
odpowiedział wesoło.
- Serio? Do Deidary? On o tym
wie? – Uniosła brew w zapytaniu. Chłopiec przekręcił przecząc głową.
- Do wujka Hidana! Ziobimy mu
nieśpodziankę! – Po tym zdaniu przetarł buzię rękawem, gdyż się opluł.
- A do mnie to nigdy nie
przyjedziesz. – Matsuri założyła ręce na piersiach. – Zaproszę kiedyś kilku
znajomych i się pobawimy razem w Indian w ogrodzie. Zrobimy sobie kipi,
pomalujemy twarze… Co ty na to?
- Tak, tak, tak, a kiedy? – zapytał
ucieszony Naoki.
- Zaraz się dogadamy z twoim
tatą.
Co do tej
imprezy to wiedziała, że co najmniej pięcioro jej znajomych nie przepuści okazji,
aby wziąć w tym udział. Zresztą od dawna planowali, aby pospać sobie pod
namiotami. No i Matsuri chciała się pobawić z Naokim, by oderwać brata od
rutyny zajmowania się dzieckiem. Po wtajemniczeniu go w te plany zostało tylko
znalezienie odpowiedniego terminu. Majówka jest zajęta… Ale przyszły tydzień
jest wolny.
- To może się jeszcze zgadamy?
Sama nie wiesz, czy wam w szkole nie pocisną nauką – zaproponował Sasori. – Ale
masz to zorganizować, jasne? I Nao ma się dobrze bawić.
- Wiem przecież.
- I żadnych fajek pokoju –
zastrzegł żartobliwie.
- Tu się będziesz musiał dogadać
z wodzem.
- Kto nim będzie?
- Nie wiem, ale ja na pewno
zostanę wykluczona, bo jestem kobietą.
- Naprawdę? – Szturchnęła go w
ramię. Idiota. – A jak ci w ogóle idzie nauka?
- No właśnie. W tym kinie gadałam
z Miyuki i tak od słowa do słowa zaproponowała mi pomoc w angielskim. Więc będę
twoim częstym gościem – uśmiechnęła się.
- Podobno nie znosisz jak cię
poucza.
- Tak, ale to w takich
pedagogicznych sprawach.
- Rozumiem… A… była zadowolona z
randki? – zapytał niepewnie.
- W sumie tak. – Zamyśliła się. –
Ale ten jej facet wydaje się być strasznie o nią zazdrosny! – Nie dziwota.
Miyuki to śliczna dziewczyna, nie jednemu potrafiła zawrócić w głowie. – Teraz,
skoro jest zajęta to podoba ci się bardziej, co nie?
- Też jestem zajęty – burknął.
OD AUTORKI
Dzisiejsze spóźnienie nie jest moją winą tytko mojej
korektorki (Arima Ahiru) do niej proszę kierować ewentualne skargi :P nie no,
może trochę to i moja wina, bo dopiero jej wczoraj wysłałam dokument, ja do tej
pory sprawdzałam w godzinkę i nawet niedokładnie, nie wiedziałam, że korekta
tak długo zajmuje :P no następnym razem już powinno być punktualnie ;)
Cóż rzec po tym ONE SHOTcie myślę, że zaczęłam o niebo
lepiej pisać, ale wy się o tym dowiecie dopiero na 50 rozdziale :P a
nadrabianie blogów idzie powoli, ale nadrobię wszystko i wszystkich ;)
Dziękuję wam za komentarze i w ogóle… jesteście tacy piękni
:D :*
SPOILER
- (…) od
przyszłego miesiąca Sasori ma zamiar cię zwolnić – powiadomiła, poprawiając
sobie włosy. Zaniemówiła, no bo, jak to? Nic jej o tym nie wiadomo. – po twojej
minie widzę, że nic ci jeszcze nie powiedział.
-
Dlaczego by miał mnie zwolnić?
- Teraz
kończy studia, pozostanie mu jedynie praca. W czasie której ja się zajmę
Naosiem.
- Ty? –
prychnęła, przecież Naoki jej nawet nie lubi.
- Tak, ja
– wyciągnęła z torebki metalowy przedmiocik. – wprowadzam się do niego, nawet
dał mi już klucze od mieszkania – pochwaliła się machając jej kluczykiem przed
nosem. Miyuki zagryzła wargi ze złości, już są na tym etapie związku…
DATA
24.11.2014