21 cze 2014

ROZDZIAŁ 28.


            W domu rodziny Uchiha każdy z młodszego pokolenia mieszkańców gotował się na zakończenie tegorocznej edukacji. Sasuke miał o tyle lepiej, że nie musiał się już uczyć tak, jak robił to jego brat. Jego czerwony pasek na świadectwie pewnie w tej chwili się drukuje, tak samo jak liczne dyplomy, które otrzyma, bo przecież jest zajebisty. W dodatku ma stuprocentową frekwencje, po prostu jest geniuszem, jak inaczej można by na to powiedzieć. Itachi natomiast uczył się i uczył, on nie będzie musiał marnować tyle życia na naukę. Jego bratu po prostu nie idzie. Studia prawnicze go zupełnie przerosły.
            Siedział w kuchni na wysokim krześle przy barku i rozmawiał ze swoimi rodzicami, dzisiaj oboje krzątali się w kuchni i przygotowywali kolacje, mają przyjść sąsiedzi, czyli cała trzy-osobowa familia Uzumakich. Naruto to jego najlepszy przyjaciel, ale widzi go codziennie w szkole. No, ale trudno, rodzice mu obiecali,  że się przejedzie ich samochodem. W końcu zdał już prawko z dobry miesiąc temu, ale i tak jeszcze mu został miesiąc do wybicia osiemnastki, a wtedy będzie mógł robić co chce.
- Kupcie mi motocykl na urodziny – zaczął, ale by szpan zrobił. Każdy biedak by go znienawidził, a laska z… no teraz pewnie już pójdzie na studia, ale mu się podoba i on z motocyklem też by się jej pewnie spodobał. Różnica wieku nie byłaby przeszkodą.
- Ty chyba jesteś niepoważny – powiedziała Mikoto. Nie burzył się, jakby się zgodzili to byłby to cud na skalę światową. – pewnie pierwszego dnia zakupu byś zaliczył wypadek!
- I porysował motor – dodał Fugaku uszczypliwie. Sasuke posłał mu sztuczny uśmiech.
- Bardzo śmieszne, tato.
- Poza tym motocykle…
- Dobra, żartowałem przecież – sprecyzował przerywając matce. Nie chciał jej słuchać, ma go za idiotę, że mówi mu takie oczywiste rzeczy? Doprawdy. – Mogę pojechać samochodem na zakończenie?
- A masz jakiś samochód? – zapytał Fugaku. Traktują go, jak dziecko!
- Ja nie, ale wy macie…
- Zastanowimy się – wtrąciła Mikoto z uśmiechem, przerywając Fugaku, który pewnie zamierzał zabronić temu pomysłowi. Faceta nic nie obchodzi bardziej, niż własny samochód.
            Spojrzał na małżonkę wzrokiem mówiącym stanowcze nie i  nawet seks tego nie zmieni. To było jego ukochane autko, nawet Itachiemu nie pozwalał nim jeździć… nie musiał się wysilać, bo ten nie bardzo nawet chciał nim jeździć. Sasuke za to teraz był na świeżo z prawkiem i strasznie się napalał na jazdę samochodem. Niech poprosi brata…
            Propos starszego z potomstwa rodziny, właśnie schodził na dół z pokoju, wraz ze swoją dziewczyną, która ponoć pomagała się chłopakowi uczyć. Cóż, Mikoto miała nadzieje, że jej syn jest mądrą osobą i nie robił niczego co miałoby niewygodne dla niego skutki. Gdyby mama wiedziała… kobieta zawołała ich obojga jeszcze do siebie. Chciała, by dziewczyna została na kolacji i z nimi zjadła, no ale niestety musiała wracać do domu, a Itachi zobligował się ją odprowadzić. Już późno i nie może jej tak zostawić samej sobie. Był honorowym człowiekiem.
- Szkoda… hej, to może zabierzcie ze sobą Sasuke – zaproponowała Mikoto.
- Po co?
- Brat poćwiczy jazdę samochodem – uśmiechnęła się. – nie może na tak długo odłożyć jazdę samochodem to będzie dla niego dobry trening.
- Mam mu pozwolić jeździć własnym samochodem? – dopytał, przecież odpowiedź jest oczywista i nie rozumie teraz swojej mamy. – Mowy nie ma… zresztą ja ODPROWADZAM Shee.
- Wiem, ale potrzebuje ze sklepu pieczywa na jutro, więc od razu kupicie.
- Ale to mój samochód.
- Gówno mnie to obchodzi Itachi! – warknęła kobieta. – Choć raz zrób coś o co cię proszę bez żadnych sprzeciwów! – no teraz to trochę przesadziła, bo zawsze robi. Sasuke jest tym złym dzieckiem, a nie on.
- Kochanie…
- Zamilcz – warknęła na Fugaku. – Żaden z was nie może pomóc drugiej osobie z dobroci serca?!
            Itachi dla świętego spokoju już przystał na prośbę matki. Ale ojciec jest jego dłużnikiem. Sheeiren to musiała się już czuć w tej rodzinie jak pełnoprawny członek, skoro już się przy niej Mikoto nie krępuje wydzierać. Sasuke był nawet zadowolony z tej manipulacji, poprowadzi samochód i to nie byle jaki! Oczywiście niemal od razu był już gotowy, a Itachi od razu zapoznał go z planem – najpierw sklep, a w drodze powrotnej odwiozą Shee. Przecież nie pozbędzie się jej od razu i zostanie sam na sam z tym wrzodem na tyłku. Nie jest, aż tak dobrym bratem.
            W czasie drogi bacznie patrzył na Sasuke, ale musi przyznać, że całkiem nieźle mu wychodzi jazda samochodem, jednak mu tego nie powie, bo jeszcze by to wykorzystywał. Nie komentował za bardzo jego jazdy, wie jakie to denerwujące. Oczywiście siedział z przodu, na co Shee była zła, po co z nimi jedzie, skoro on chciał być z przodu i martwić się o swój pojazd. Niedorzeczne. Po jakimś czasie Sasuke zaparkował na dość opustoszałym parkingu przed supermarketem.
- To skocz do sklepu po zakupy – zwrócił się do młodszego brata i wręczył mu listę z zakupami. Nie tylko pieczywo mieli kupić…
- Na liście jest wino – stwierdził. Spojrzał na niego pytająco, ma mu poklaskać, bo potrafi czytać? – Nie mam osiemnastu lat, durniu. Nie sprzedadzą mi.
- Kogo nazywasz durniem? Podpowiem, właściciela samochodu, więc lepiej uważaj bo wrócisz do domu na nogach… Shee chodź ze mną.
- Ja podziękuję. Musiałam cały czas siedzieć obok – spojrzała w lewo i prawo. – nikogo! Taką masz karę – co jest dzisiaj z tymi kobietami? Wszystkiego się doczepiają, westchnął ciężko.
- Jak chcesz… zaraz wracam.
            Wyszedł z samochodu do wielkiego sklepu, nienawidził zakupów spożywczych. Szczególnie samotnych. Tymczasem w samochodzie panowała nieznośna cisza, Sasuke załączyłby radio, ale, nie wie jak, a wolał nic nie ruszać. Jakby zepsuł to by rozniósł w tym samochodzie… trzy… dwa… jeden… musiał spróbować.
- Nie ruszaj – ostrzegła go Shee. Musiała, wszystko co dzieciak rusza dziwnym trafem się pieprzy.
- Przecież każdy debil da sobie radę z radiem.
- Racja, powinieneś sobie dać radę – sarknęła. – chociaż jak zawalisz to wrócisz pieszo do domu. Jak cię będziemy wymijać to ci pomacham.
- Obejdzie się i tak pójdę samochodem do domu.
- Pójdziesz samochodem? – zaśmiała się. – A co ty jesteś, Flinston?
- Po-Pojadę! Źle się wyraziłem.
- Taa jasne.
            Przekonywanie o słuszności swojej wypowiedzi niewiele by pomogło, dlatego pozostawił sprawę taką jak jest. Ona i tak niesłusznie uważa, że jest idiotą… niech nadal myśli co chce. Po kilku minutach dał sobie spokój z ogarnianiem tej technologii i tkwił razem z współpasażerką w ciszy. Niedaleko ich samochodu zauważyli kłócącą się parę. Wzrok obojga się na nich skoncentrował. Mężczyzna szarpał agresywnie dziewczyną, a ona krzyczała w jego stronę pogardliwe słowa. Nagle chłopak uderzył dziewczynę tak, że poleciała na maskę pobliskiego samochodu.
- No co tak siedzisz! Idź jej pomóc! – pogoniła Shee Uchihę. To powinno być samoczynne zachowanie, a on jedyne co to się wgapiał. Odpiął pasy.
- Przecież już idę – trochę się bał. Koleś trochę większy od niego… - hej! Co ty wyprawiasz, gościu? – podbiegł do faceta, ale gdy się do niego odwrócił to chyba był zbyt blisko. Cofnął się.
- Nie wtrącaj się gnojku. Załatwiam sprawy ze swoją dziewczyną.
- Po tym wszystkim nie waż się mnie już tak nazywać. Nienawidzę cię!
- Zaraz sprawie, że cofniesz swoje słowa – podniósł na dziewczynę rękę, ale Sasuke ją powstrzymał w dalszych krokach. – odwal się koleś, bo i ty dostaniesz.
- Jakoś się nie boję – srał w gacie ze strachu. – zostaw tą dziewczy… - nie dokończył, bo został bardzo blisko zapoznany z pięścią mężczyzny. Dostał w nos, od razu popuściła się z niego krew, a Sasuke leżał na plecach na asfalcie i trzymał się twarzy, stękając z bólu.
- Ostrzegałem cię – warknął, spluwając na smarka.
- Hej! – zawołał agresywnie dziewczęcy głos. Shee z impetem trzasnęła drzwiami samochodu i podbiegła do towarzystwa. – Ładnie to tak bić słabsze dziewczyny?!
- Niech cię to nie obchodzi, mała!
            Nie podobało jej się jakim przezwiskiem została obdarzona. Przezwiska zadają przyjaciele, a z nim się bynajmniej nie przyjaźniła. Nadepnęła mu mocno stopę, a kiedy się lekko nachylił kopnęła mu z kolana w brzuch i pozwoliła by się zwijał z bólu na drodze. Wtedy też podbiegł do nich Itachi, dziewczyna wytłumaczyła mu całą sytuacje od początku. Pierwsze co, to zapytał jej czy wszystko z nią w porządku, a dopiero potem przypomniał sobie, że ma brata i wpakował go z tyłu samochodu. Nos wyglądał na złamany, no to pięknie.
            Napastnika oddali w ręce ochrony supermarketu, miał tam czekać na policję, a jego już eks od razu zamierza złożyć na niego donos, Sasuke na pewno też tak zrobi. Już nienawidzi tego całego Keichiro,  człowieka, który uszkodził mu tą szlachetną twarz.
- To co, wracamy już?
- Mogę ja poprowadzić?
- A masz prawo jazdy? – zapytał z drwiną. Miałby wpuścić za kółko swojego wspaniałego autka kobietę? Już pieprzyć jakiekolwiek dokumenty, jest kobietą, w dodatku dość nerwową.
- Nauczysz mnie! – ehehehe nie…

            W ostatni dzień egzaminów sesyjnych Deidara przyszedł do Sasoriego, mieli razem pojechać do swoich uczelni, znaczy byli na innych, ale Akasuna i tak miał po drodze, więc bez problemu. Musieli jeszcze poczekać na przyjście Miyuki, by zajęła się Naokim. Blondyn wiedział o jej pracy z rozmów telefonicznych i wiedział, że tak będzie. Już od początku coś ich do siebie pchało. On oczywiście wyklucza wszystkie dziwne scenariusze kolegi jego życie to nie telenowela ani simsy.
            Naoki siedział sobie na ziemi przy stoliku w salonie i kolorował samochody ze swojej kolorowanki. Miał dwa i pół roku nie był w tym dobry, a po drugie szybko go to nudziło. Wolał się w coś pobawić, ale tata nie chce… Sasori z Deidarą stali w kuchni z szklankami soku i starali się wzajemnie odstresować poprzez rozmowy o byle czym.
- Ej, a może po egzaminach skoczymy na piwo?
- No nie wiem…
- Dzisiaj nie pracujesz – oburzył się Deidara, co to za wymówki no! – jedno piwo weź.
- Ale Naoki…
- Ta twoja się nim zajmie.
- Żadna moja! – zaprzeczył natychmiast. – Głupio mi będzie ją prosić o dodatkowe zajęcie się dzieckiem, bo chcę iść na piwo. A gdybym jej tego nie powiedział – wyprzedził zamierzoną argumentacje Deidary. – to pewnie poczułaby coś jak wróciłem i mi wytoczyła reprymendę na temat mojego wychowania syna. Już nieraz się czegoś uczepiła.
            Blondyn i tak miał w dupie czy ktoś mu urządza jakieś awantury, wszyscy to przechodzili, najpierw ochrzan od starych, potem znowu od starych i od jakiejś swojej dziewczyny – wszyscy to przechodzili. No cóż, jak dziewczyna się zjawi to sam ją zapyta, skoro ta oferma się boi. Z tego co pamięta laska nie była jakaś wielce dystyngowana tylko bardzo lajtowa. W ogóle teraz Sasori ostatni tydzień pracuje jako pielęgniarz, a potem jest na stażu, jako asystent kardiologa. Czuje się taki spełniony, w końcu jakaś dobra rzecz go spotkała.
- Hmm, to znalazłeś jakąś nową nianię? – dopytał Douhito. Kuźwa! Wiedział, że o czymś zapomniał…
- Cholera! – warknął do siebie i postawił szklankę mocno w zlewie.
- Spokojnie, jedną masz pod nosem i na pewno się zgodzi.
- Mowa była tylko o tym miesiącu, na pewno znalazła sobie jakieś inne zajęcie na wakacje.
- Jak nie zapytasz to nie będziesz wiedział.
- Nic nie rozu… hej, od czego tak ujebałeś spodnie?
            Sasori wskazał koledze na nogawkę była cała taka jakaś uwalona czymś… jakby smarem. Zaśmiał się z niego. Jaki wieśniak, zamierza tak pójść na egzaminy? Liczy, że weźmie profesorów na litość? Deidara przetarł materiał o materiał, ale to nic nie dało, zaczął panikować. Nie zdąży pójść się przebrać do domu! Kurwa, kurwa,, kurwa i co teraz?
- Przestań się nabijać i mi pomóż! Masz jakieś dużo za duże gacie? – kiedyś kupował ciuchy przez internet i się wielokrotnie sparzył. Raz kupił koszulkę, co wyglądał w niej jak  w sukience. To może gacie też.
- Nie jesteś taki wysoki, wiesz… - bąknął. – Chodź, zobaczę czy mam jakieś ciuchy, które urosły.
            Można to sobie na różne sposoby tłumaczyć, a on je wolał, niż przyznać się, że jest niski. Znaczy nie jakoś strasznie… urósł w liceum. Naoki chyba też po nim ma te wadę bardzo niskiego wzrostu. Biedny chłopak, oby odziedziczył też po nim dystans do tego typu rzeczy i nie znienawidził go za takie geny, chociaż niski wzrost albo rude włosy!
            Deidara przeglądał wraz z kolegą szafę i musiał przyznać, że kumpel ma gust. On nie potrzebuje dziewczyny, skoro sam się potrafi ubrać. W końcu Sasori znalazł jakieś przydługie na niego czarne sztruksy, cholera takie zajebiste spodnie, a na niego nie pasują… zakupy internetowe potrafią zdołować. Dei zdecydował się je ubrać i zaczął rozpinać swoje gacie.
- Zrób zdjęcie – mruknął, przyłapując Sasoriego na dość długim wpatrywaniu się w jego krocze.
- Pamiętam jak wyglądał dziesięć lat temu – tak, nastoletnie lata, kwiat wieku i bardzo mocny pociąg seksualny. Cóż, jak każdy w ich wieku masturbowali się przed porno, gdy byli sami w domu. – pewnie się nic nie zmienił - przynajmniej w męskości niegdyś przerastał Deidarę, ale jednak to było kiedyś…
- I tak jest większy niż twój Major.
- Generał – poprawił Sasori. – dzięki niemu mam dziecko, musiałem go awansować.
- Ja bym za to się go pozbył.
- Wiesz, jeszcze mi się przyda – uśmiechnął się cwaniacko. - dobra, to ja wychodzę.
- Jak chcesz to zostań – blondyn wzruszył ramionami. No wstydzi się go? Niebywałe.
            Odpowiedział mu jedynie głupim uśmiechem i oczywiście wyszedł. Poszedł do Naokiego, skoro ma chwilkę czasu to mu go poświęci. Przykucnął obok chłopca, cmokając go w czoło.
- Co tam rysujesz?
- Brum, brum - zawołał, wskazując na jeden z samochodów.
- Brum, brum. Porshe – powiadomił.
- Posze?
- Po R she – poprawił czochrając mu głowę. – na jaki kolor pomalujemy?
- Ziółty! – zawołał wyciągając żółtą kredkę. Nawet nie wiedział, że Miyuki go nauczyła odróżniać kolory i, że w jego wieku można takie rzeczy załapać.
- Saso! – zawołał Deidara z jego pokoju. Westchnął ciężko i kolejny raz ucałował dziecko w czółko.
- Świetny wybór, mistrzu. Koloruj.
            Naoki odprowadził wzrokiem tatę. Było mu trochę przykro… głupi wujek, tata chciał z nim rysować, a ten go woła. To nie fair! Tata jest jego tatą, a nie wujka… przewrócił stronę nie dokańczając kolorowania.  Jak tata przyjdzie to pozwoli mu wy kolorować samochód, nie będzie chamem.
- Saso kurwa… och, jesteś – mruknął wychodząc z sypialni na malutki korytarzyk i natrafiając wzrokiem na kumpla.
- Spokojnie, pohamuj radość. Nie widzieliśmy się jakieś trzy minuty…
- W tych spodniach nie da się zapiąć rozporka.
- Jakby się nie dało to by go tam nie było.
- Przecież próbowałem, spierdolił się. Poszukaj czegoś innego.
- Nie mam innych – burknął. – może przytyłeś?
- Taka opcja wchodziłaby w rachubę w przypadku guzika. Weź myśl logicznie, cepie. Poszukasz innych gaci, czy ja mam poszukać?
- Mówię ci, że innych nie mam – znaczy ma, ale dresy, więc na egzamin stanowczo nie pasują. – próbowałeś pociągnąć mocno za zamek. Może się zaciął…
- Boję się, że go sobie przytnę. Wolę nie ryzykować.
- Więc ja to zapnę – powiedział, ma wprawę w końcu zapina spodnie swojej pociesze.
- Mowy nie ma! – odsunął się blondyn. – Jasne, jeszcze molestować mi tu jajka będziesz!
- Nie przesadzaj chcę ci tylko pomóc, ale skoro wolisz iść na egzamin w ujebanych spodniach albo bez nich, to cię proszę bardzo – stwierdził apatycznie. Nie chce pomocy to nie, przecież nie będzie go błagał by mu grzebać przy spodniach. Ma swoją godność.
- No dobra – burknął, Sasori podszedł do przyjaciela i przymierzał się do złapania materiału przy kroczu.
- Kurwa… jakie to głupie… - oznajmił, bo to takie krępujące grzebać w spodniach kolegi. W dodatku to jego spojrzenie… - lepiej klęknę, bo nie mogę na ciebie patrzeć w trakcie – jak powiedział, tak zrobił.
- No teraz to ani trochę nie wygląda dwuznacznie – sarknął, spuszczając wzrok na Saso. Można by pomyśleć, że robi mu laskę. Dobrze, że Sasori mieszka sam, a Naoki siedzi w salonie. – skończyłeś?
- Nie popędzaj – mruknął i w tej chwili nastał dźwięk przesunięcia się rozporka. – dobra już. Mówiłem, że wystarczy szarpnąć.
            Wspólnie uzgodnili, że ta scena zostaje między nimi, tak dla formalności. Sasori ruszył z powrotem do salonu i na przejściu zderzył się z Miyuki, na szczęście obaj zachowali równowagę i w ogóle, ale jako ona tu weszła? I co ważniejsze, kiedy?! Okazało się, że Naoki ją wpuścił, gdy usłyszał pukanie do drzwi i to było dosłownie przed chwilą. Odetchnął z ulgą, czyli raczej nic nie wie o ich wyczynie.
- Co pan sobie myślał?! – zawołała oburzona. On spojrzał na nią z uniesioną brwią, czemu jest taka zła? Co on niby zrobił? – Co jeśli Naoki by sobie wyszedł z domu? Jak chcesz zostawiać drzwi otwarte to chociaż miej go na oku!
- Cały czas go pilnuję, o co ci chodzi? – głupia baba, jeszcze wydziera się na niego przy koledze, no naprawdę! Może Dei teraz zrozumie dlaczego nie chce jej zatrudnić.
- Chyba nie bardzo skoro dwu i pół roczne dziecko otworzyło mi drzwi bez pana wiedzy – niesamowicie ją to niedbalstwo zdenerwowało, w dodatku Sasori nie widzi w tym żadnego problemu. – a co jakby postanowił sobie urządzić spacerek na dworze, albo gdyby ktoś inny zapukał i to zobaczył?
- Och przestań pisać czarne scenariusze! Nie odwiedzają mnie żadni porywacze dzieci – sarknął. – naoglądałaś się za dużo tych bzdurnych programów i popadasz w jakąś paranoję.
- Saso, weź odpuść – wtrącił Deidara. Nie może się tak kłócić z pracownicą… rujnuje mu szanse na wspólne wyjście na piwo. Idiota.
- Porywacze nie, ale ludzie są wścibscy. Powiadomią o wszystkim opiekę społeczną i będzie miał pan problemy! Chyba, że jest panu na rękę, jeśli zabiorą dziecko…
- Nie jest – przyznał, teraz to mu się zrobiło głupio. Ma racje, powinien go bardziej pilnować… cholera zawalił, ale nie bierze pod uwagę tego rodzaju sytuacji.
- Też tak sądzę – odetchnęła. – nie powinnam na pana krzyczeć, przepraszam. Wystraszyłam się.
            Naoki patrzył na dorosłych z lekkim smutkiem, nie lubił jak ludzie dookoła się kłócą, krzyczą na siebie czy coś. To nie jest fajne. Musi mu poprawić humor, tylko jak? Deidara popchnął przyjaciela w stronę kuchni, gdzie znajdowała się Miyuki, a sam ruszył do przedpokoju zakładać już buty. Dziewczyna odpiła sobie łyk z własnej butelki wody mineralnej. Trochę się tym wszystkim zestresowała i niepotrzebnie tak wyjechała na swojego szefa. Przecież ma teraz te egzaminy, mogło mu się zdarzyć jakieś niedopatrzenie… to tylko mężczyzna.
            Deidara zaczął słyszeć gadkę w kuchni, a jemu zaczynało się już nudzić czekanie, mimowolnie spojrzał na Naokiego, który właśnie wyszedł z… kibla albo pokoju no nieważne. Klapnął sobie przed stolikiem i zaczął kolorować jakiś samochód. Hm… ciekawe co to za model?
- Ej smarku, co to za samochód? – zapytał.
- Brum, brum! – dopiero teraz domyślił się, że ten mu nie przeczyta. Podszedł do dzieciaka i bezceremonialnie zabrał my kolorowankę.
- Obejrzę sobie – powiadomił, żeby się nie rozryczał. Naoki wydymał usta w złości. Jeszcze jakby wujek tylko oglądał to by było spoko, ale on się emocjonował malunkami, a wujek był zdecydowanie za wysoki i nie widział, które autko uważa za fajne… oczywiste, że obudziła się w nim ciekawość.
- Pokaś, pokaś, pokaś! Wujek no! – jęczał mu pod nogami.
- No chyba jasne, że Ferrari jest najlepsze – pokazał mu stronę. – do nich używaj czerwonej kredki – taka złota rada, dzieciak ma szczęście, że się nazywa Akasuna, bo nic by mu nie doradzał.
- A to, a to, a to? – pokazał mu inny samochód. – Posze! – a przynajmniej tata tak to nazwał.
- Ferrari lepsze. Bez porównania.
            Nie będzie się kłócił z wujkiem, jego wybór jemu też się bardziej podobał. Wziął do rąk czerwoną kredkę i przystąpił do malowania. Chociaż wujek go strasznie denerwował, stale się czepiał, „nie wyjeżdżaj za linie”, „jakie opony są czerwone”, „gdzie się podziała twoja artystyczna dusza” – on nawet nie wie co to znaczy! Chce sobie zwyczajnie kolorować.
- Szyb się nie maluje, głupku! – blondyn nie wytrzymał.
- Śam jeteś gupi! – odpyskował chłopiec.
- Cofnij to, gnojku – warknął na chłopca.
- Deidara! – upomniał go wchodzący do pomieszczenia Sasori. To, że nie lubi dzieci nie daje mu prawa krzyczeć na jego syna. Chyba ma jakieś przywileje skoro się z nim przyjaźni no! – Lepiej już chodź.
- Nie ciesz się tak – burknął do Naokiego, może wygrał walkę, ale nie wojnę. Już od początku wiedział, że dzieciak to jakieś wcielenie szatana. Podszedł do Saso. - Zapytałeś, czy możesz wyjść na piwo? Miyuki może Saso wyjść na piwo? – szybko przeniósł pytanie do dziewczyno dziewczyn, z miny kolegi dojrzał zaprzeczenie.
- Czy może? – powtórzyła Miyuki w zdezorientowaniu. – Czemu mnie pytasz?
- Nie przejmuj się nim… Dei innym razem.
            Douhito zamierzał pociągnąć temat, widział, że ta  by bez problemu się zgodziła! Jednak Sasori nie pozwalał mu dojść do słowa i wypychał go z mieszkania. Nie będzie tu załatwiać czegoś, wbrew jemu, poza tym uczelnia i ostatni egzamin sesyjny wzywa. Miyuki z uśmiechem zamknęła za nimi drzwi mieszkania. No proszę, jest swatana z szefem przez jego znajomych. Może… gdyby nie miała chłopaka… gdyby Sasori nie zachowywałby się jak dupek… ma jedną świetną zaletę – cudownego syna.

Po kilku godzinach wrócił już do mieszkania, ostatni egzamin poszedł mu beznadziejnie, skutkiem czego ma poprawkę we wrześniu. Najbardziej męczącą rzeczą na studiach jest ta nauka… uczył się przez dwa dni, czterdzieści osiem godzin, a i tak to na nic. Pocieszał się, że to tylko jedna poprawka, niemniej jednak mógł mieć całkowicie wolny wrzesień… ech, za dużo szczęścia naraz miał. Skierował się do pokoju Naokiego, dom był cichy, więc zapewne maluch rozkoszuje się swoją drzemką… dzisiaj też był ostatni dzień pracy Miyuki w roli opiekunki. Mogła więc już opuścić mieszkanie.
Zajrzał przez szparę drzwi do pokoju syna. Zasypiał grzecznie w łóżku, a Miyuki mu śpiewała jakąś kołysankę. Znaczy się nie byle jaką, znał ją doskonale, jego mama też mu ją niegdyś śpiewała. Lubił ten delikatny rytm dźwięku, jak i słowa przepełnione czułością i ciepłem. Musiał przyznać, że Miyuki ma bardzo ładny głos, gdy się nie wydziera o byle gówno, jak na przykład spuszczanie deski sedesowej. Nawet Noriko nie robiła mu z tego powodu awantur. Choć właśnie takie powody by wolał. Przez to pogrążenie w własnych myślach nie zauważył, że Miyuki zbliżała się do drzwi, więc zastała szefa obok nich.
- Och… już pan wrócił… - zakłopotała się. – długo już tak stoisz? – musiała wiedzieć, to takie krępujące! Nie lubi, jak jest podsłuchiwana, wie że ma okropny głos.
- Niedługo – pochwaliłby ją, ale widać, że się dziewczyna wystarczająco wstydzi. – już wróciłem, więc możesz wracać do domu. Zajmę się Naokim.
- Już? – zapytała zaskoczona. – Mogę chociaż poczekać, aż Naoś się obudzi? – spojrzał na nią z uniesioną brwią. – Pożegnam się z nim, nie? – uśmiechnęła się.
- Jak chcesz… - pozwolił. Miyuki zajrzała do pokoju chłopca z troską, podobało mu się to, jak swobodne łączą ją relacje z Naokim, jej chłopak i przyszły ojciec jej dzieci jest niesamowitym szczęściarzem.
- Masz igłę i nić?
- Co?
- Igła i nić… brązowa najlepiej – powtórzyła prośbę.
Akasuna bez słowa przeszedł do kuchni, gdzieś tam trzymał takie rzeczy. Miyuki ponownie weszła do pokoju chłopca i bezszelestnie zwinęła z półki nad łóżkiem chorą maskotkę. Jako taki prezent na pożegnanie postanowiła mu zszyć misia. Sasori znalazł igłę, ale z brązową  nicią było już gorzej, może biała też się nada? Nie bardzo, ale trudno, zaakceptowała ją. Zobaczył w jej ręku, właściwie pierwszą zabawkę Naokiego. Dostał ją od Sui, ale to Noriko mu ją kupiła w pierwszych dniach życia. Ta zabawka bardziej pełniła rolę pamiątki i strachu na potwory, dlatego była zawsze przy łóżku dziecka.
- Chcesz go zszyć? – zapytał, siadając obok niej na kanapie. – Potrafisz to w ogóle robić?
- Profesjonalistką nie jestem… ale brat miał bardzo, bardzo dużo dziurawych skarpetek – teraz już nie, zaczął dbać, bo ma żonę pedantkę.
- Daj ja zszyję, a ty potrzymasz miśka – ustalił, jeśli ma się męczyć dwie godziny z trafieniem nitki do dziurki to lepiej by odpuściła.
- Nie – burknęła, to jej pomysł by zszyć misia. – a pan niby potrafi szyć?
- Oczywiście.
- To co niby szyłeś, mądralo?
- Łydkę, ramię, okolice…
- Dobra… wygrałeś – przyznała naburmuszona i oddała przedmioty krawieckie.
Jednak szycie skarpetek nie może się mierzyć z szyciem części ciała. Musiała przyznać, że świetnie sobie radził, na pewno jest niezwykle wybitnym lekarzem. To jest będzie. Za pierwszym razem uwinął się z celnym trafieniem do dziurki, no to już wiadomo dlaczego wpadł. Przybliżyła do niego maskotkę trzymając za brzuch jak i głowę. Wpierw musieli zaszyć mu szyję, by łepek nie odlatywał na wszystkie strony.
- Jak poszedł egzamin? – zapytała, przerywając tą niefajną ciszę  między nimi.
- Świetnie, tak mi się spodobało, że we wrześniu idę jeszcze raz – uśmiechnął się kpiąco. Była szczerze zaskoczona tą odpowiedzią. Przecież on się tylko uczył i uczył!
- Studia chyba wcale nie są łatwe…
- Zależy… medycyna lub prawo na sto procent nie – odparł zwyczajnym tonem. Ani przez chwilę nie zatracił skupienia na wykonywanej czynności. – ty na pewno sobie dasz radę.
- Chciałabym… dlaczego studiuje pan medycynę, skoro tak pana męczy ten kierunek – uniósł do niej swoje spojrzenie, wydawało się być lekko zagniewane. No wybaczcie, ale jego spuchnięte oczy mówią same za siebie.
- Nie męczy.
- Akurat – bąknęła.
- Spełniam marzenie mojej mamy… i swoje przy okazji – on się nie widzi w innym zawodzie. Nawet lepiej, bo czuje wielkie wsparcie od matki, a lubi to uczucie.
- Jaka jest pana mama? Nie widziałam, żeby kiedykolwiek przyszła do Naokiego, tylko babcia… wyjechała za granicę? Pewnie jest piękną kobietą, fajnie byłoby…
- Ucisz się – mruknął z lekkim uśmiechem. Nie bardzo chciał z nią rozmawiać o takich prywatnych i przykrych dla niego rzeczach, na szczęście nie drążyła tematu tylko strzeliła udawanego focha. – Znalazłaś jakąś pracę na wakacje?
- Nie… znaczy tak, ale nie – ona mówi jakimś szyfrem… Sasori czekał na jaśniejszą odpowiedź. – w jednym miejscu mogę dostać pracę od ręki, ale nie jestem przekonana… - skrzywiła się. – nie załatwiłby mi pracy jakiejś położnej czy kogoś tam?
- A masz jakieś certyfikaty kursów pierwszej pomocy? – w milczeniu przekręciła głową. Sasori zerwał ostatek niepotrzebnej nici i ukazał dziewczynie maskotkę. – Właściwie… rozpoczynam jakby szkolenie w pracy na wakacje i szukam opiekunki dla Naokiego, piszesz się?
- Nie mógł pan od razu powiedzieć? Straszysz mnie tym pożegnaniem no! – założyła ręce na piersi. – Zgodzę się pod trzema warunkami – pokazała trzy palce.
- Jakimi…?
- JEDEN, opiekujemy się Naokim według moich zasad.
- My?
- Tak, bo DWA chcę wolne weekendy i w ich czasie masz nie zepsuć syna – uśmiechnęła się, ale spojrzenie miała surowe. Zgodził się, w końcu z tego co wielokrotnie słyszał nie jest idealnym tatą. – TRZY, będzie pan spuszczał deskę w łazience – przewrócił oczami, a ta znowu o tym.
- Możesz w zamian mówić do mnie na Ty?
- Nie mogę… jesteś szefem. Musimy to zaznaczyć.
            Powiedziała to w taki sposób, jakby niechcący miało coś pomiędzy nimi dojść… a w życiu! To niedorzeczne, w ogóle do siebie nie pasują! Ona gada, gada, gada – przez cały czas, nie wytrzymałby. Na jedną noc może, ale nie całe życie!

\
DATA
28.06.2014

OD AUTORKI
Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Zupełnie zapomniałam, że dzisiaj jest sobota! Znaczy się, w końcu sobie przypomniałam :P wszystko przez mojego tatę xD nie wiem czemu, ale to musi być jego wina xD 
Nie wiem co powiedzieć... zaległości stale rosną, a ja jedynie siedzę przed wordem i piszę swoje nędzne rozdziały - mam nadzieję, że mi wybaczycie :(
W ogóle ostatnio nabyłam dość dużej weny do jakiś os, ale nie z moimi komentatorkami, przykro mi, więc może coś uda mi się napisać podczas wakacji ;)'