Około
dziesiątej wieczorem Itachi wrócił do domu. Chyba najbardziej nienawidził tej
zmiany w swojej pracy, praktycznie cały
dzień w pracy, w której nie działo się nic niezwykłego. Sądził, że
przystępując do policji będzie ciągle w akcji, ale nic się tu nie dzieje.
Ogarnęła go taka monotonia, że sam już nie wie. W domu skierował się od razu na
górę. wszyscy byli już w swoich pokojach, co było normalne, a on wszedł do
swojego. Zastał w nim Kanę siedzącą na łóżku z laptopem na kolanach. Jego
laptopem.
- Nie pamiętam bym ci podawał hasło do mojego konta…
- Nie było trudne do zgadnięcia. – Wzruszyła ramionami. – Data
urodzin swojej byłej, serio? Ale to żałosne – Skomentowała i wróciła do
serialu. Itachi przeklął w myślach, zapomniał zmienić. Znowu.
- Więc skąd znałaś datę jej urodzin?
- Sasuke mi powiedział – odpowiedziała. Ale ukryła, co chciał w
zamian. Itachi nie jest na tą wiadomość gotowy.
- Aha… Co robisz?
- Oglądam.
- Co?
- Dramę.
- Ty też? Rany, moja mama też co wieczór zajmuję…
- Tak, tak, tak! – Przerwała. – Zamknij się. Oglądam.
Co za babsko!
Nawet się z nim nie przywitała ani nie zapytała, jak w pracy. Chyba by wolał
się jednak tam nudzić. Zamknął się w łazience, by wziąć prysznic, a przy okazji
bezgłośnie narzekał na swój los i na swoją żonę. Sądził, że jej urok go
zadowoli i od ślubu będzie tylko lepiej, w końcu spodziewają się dziecka… ale ta
kobieta jest strasznie upierdliwa i nie mówi zbyt wiele o sobie. Musi iść
kiedyś do Sasoriego, by ten stał się jego informatorem. Po kąpieli ubrał się w
piżamę i wszedł z powrotem do pokoju. Kana przecierała załzawione oczy, ale
uśmiech mówił, że to ze szczęścia.
- Czemu płaczesz?
- Sorki, za bardzo dałam się ponieść emocjom…! Ale… kurwa, jaka
słodka para…!
- Aha… - Przewrócił oczami. Te kobiece jaranie się. – Przesuń
się. Chcę się płożyć.
- Śpisz dzisiaj ze mną? – Uniosła brew. Przez te kilka miesięcy
zdążyła się przyzwyczaić do samotnego nocowania.
- To moje małżeńskie prawo. – stwierdził i odsunął kawałek
kołdry. Kana od razu zamknęła laptop. Nie może przecież spędzić ich pierwszej
nocy przed komputerem. – Co robisz…?
- Kładę się spać razem z mężem. – oznajmiła ucieszona i
odłożyła przedmiot na pobliską półkę. Itachi się uśmiechnął, nie spodziewał
się, że ten mały krok ją tak zadowoli. Itachi położył się na poduszce, a wtedy
Kana uraczyła jego usta czułym pocałunkiem. – Jak było w pracy?
- Zwyczajnie.
- Czyli? – Dociekała, kładąc się obok na boku. – Jakieś
morderstwa? Policyjne pościli? Gwałciciele? Złodzieje? Włamywacze? Oszuści?
- Nie. Nic z tych rzeczy… na dłuższą metę praca policjanta
staje się monotonna.
- Och. Chcesz jakieś nazwiska? – Zapytała. – Znam kilka osób,
które bym chętnie zobaczyła za kratami. – mruknęła. Itachi się zdziwił, że tak
lekko wypowiada takie informacje.
- Pewnie jednym z tych ludzi będzie Shota, zgadza się?
- Bingo. Ale on by pewnie pociągnął kogoś za sobą… - nie
chciała więcej powiedzieć na ten temat, a Itachi nie musiał pytać, by wiedzieć,
że chodzi o jej brata. Jednak brak zaufania, którym go darzy jest nieznośny.
- Nie ufasz mi?
- Serio? – Zdziwiła się.
- To było pytanie, a nie stwierdzenie.
- Ach, nie. Ufam ci, ale czasem w rozmowach z tobą czuję się,
jak na przesłuchaniu. Twój ton jest zbyt formalny. Inaczej się odnosisz do Saso
i reszty albo do Sasuke, a inaczej do mnie. Więc to twoja wina.
No oczywiście…
wszystko jego wina. Taka rola męża. Nie mógł nic poradzić na to, że Kana ciągle
mu się wydaje obca. Naprawdę, dlaczego kobiety są takie skomplikowane? Ale nie
może zaprzeczyć, że dziewczyna go pociąga, a ciąża jedynie dodaje jej uroku.
Dziewczyna zdawała mu relacje z tego co robiła w domu, chyba załapała jakiś
kontakt z Sasuke, bo zaczęli się tolerować, ale wzajemne dogryzanie raczej nie
ustąpi podczas jej potoku słów, odgarnął żonie włosy z czoła, a następnie ją
pocałował. Nie lubiła gdy się jej przerywa, ale przerywanie w takim stylu
zniesie.
- Itachi… kup mi jutro kwiaty.
- Co? Po co?
- Bo lubię być obsypywana prezentami.
- Pff, a wiesz co ja lubię? – Przewrócił oczami.
- Nie mówimy o tobie tylko o mnie. Kup mi kwiaty. I czekoladę…
a propos, jesteśmy głodni.
- Twój żołądek nie ma dna – Burknął, chciał spać, a nie spełniać
zachcianki żony.
- Milcz i zasuwaj do kuchni zrobić nam… hm, na co mamy ochotę?
– Zamyśliła się. – Spaghetti!
- Nie mamy składników… chyba.
- To idź do sklepu i je kup.
- Kana…! – jęknął.
- Też cię kocham.
Po tych
słowach nie mógł postąpić inaczej, jak po prostu iść do sklepu. Czego
pożałował, gdy okazało się, że w kuchni były wszystkie potrzebne produkty, ale
pocieszyło go to, że Kana w czasie jego wypocin nie zasnęła.
Następnego
dnia Kana wstała jako pierwsza i szykowała się w łazience do wyjścia. W końcu
dzisiaj była niedziela, a mimo swojego stanu nie zamierzała nie iść na mszę.
Itachi nadal spał w łóżku i nie myślała, aby go obudzić. Zeszła cicho na dół,
gdzie zastała Mikoto.
- Wybierasz się gdzieś? – Nie lubiła czuć się kontrolowana, ale
co zrobi?
- Do kościoła.
- Sama? A Itachi?
- Jeszcze śpi. W nocy go wysłałam kilka razy po jedzenie, więc
wolałam mu dać spokój.
- Rozumiem, ale nie możesz iść sama… - zapowiedziała Mikoto.
Ona wraz z mężem zawsze szli na wieczorne msze. Chciała jej zaproponować dołączenie,
ale oto i młodszy syn schodził już ubrany do wyjścia. – Sasuke! – Zawołała, a
chłopak aż się wzdrygnął. – Pójdziesz z Kaną do kościoła.
- Ty jesteś wierząca? – Zdziwił się.
- Ręce z kieszeni – Upomniała go Mikoto, z czym się dostosował
z krzywą miną. – Ubieraj się. Nie każ jej czekać.
- Czy założenie butów trwa długo? – Burknął cicho. Mikoto
naprawdę ma powyżej uszu tych odzywek.
- W twoim przypadku zależy czy masz sznurówki. – Wtrąciła Kana,
a Sasuke zaśmiał się sztucznie.
- Jesteś taka śmieszna. Masz szczęście, że też idę.
Przewróciła
oczami, jak w jego mniemaniu to jest szczęście to musi mieć bardzo smutne
życie. Do kościoła szli spacerem nie angażując się w żaden dialog między sobą.
Sasuke spotkał się przed kościołem z jakąś ładną dziewczyną. Serio? Spotykać
się z dziewczyną w kościele? To już chyba Mac jest lepszy. Zobaczyła, że Sasuke
nie zachowuje się, jak on. Zatroszczył się dla nich o miejsca siedzące i był
miły i… uśmiechał się.
Kiedy msza się
skończyła, wychodząc na zewnątrz Kana zobaczyła Dana. Pomachała do niego, a on
ruszył w jej kierunku. Krótkie spodnie z jeansu, które odsłaniały dziarę na
łydce mężczyzny do tego biała bluzka i narzucona na to czarna bluza z
zakasanymi rękawami… no i kaptur na głowie. Tak się nie ubierają
trzydziestolatki.
- Co tam, siostro?
- A nic. Czemu mnie nie odwiedzasz? – Nadąsała się. Od czasu
małżeństwa dzisiaj widzi brata po raz pierwszy. – Stęskniłam się. nie mam za
bardzo do kogo gęby otworzyć, kiedy nie ma Itachiego…
- Propos. Gdzie on jest? – Była trochę zawiedziona tym brakiem
zainteresowania.
- W domu, a co?
- Tylko pytałem.
- Kana, w porządku? – Do towarzystwa podszedł Sasuke. –
Zaczepia cię? – Spojrzał wymownie na jej groźnego towarzysza.
- To mój brat, Sasuke. – Poinformowała. Trochę się przez ten
fakt zmieszał, a spojrzenie tego kolesia tylko potęgowało uczucie wstydu. – Co
z twoją dziewczyną?
- Z kim? To nie była moja dziewczyna.
- Serio? To teraz się wita wpychając człowiekowi język w usta?
– Objęła ramię Dana i w ten sposób kierowała się do domu. Skrzywił się na to,
bo nie lubił czułości, ale nie skomentował.
- Nie zrozumiesz.
- Spróbuję – stwierdziła zaciekle.
- Muszę jakoś funkcjonować w wakacje – powiedział Sasuke, a
dziewczyna zamilkła z wrażenia. Ciekawe.
- Brawo. – mruknął Dan. – Nie mam więcej sióstr, więc
korzystaj.
- Hej, zmiana tematu! Sasuke chcesz być chrzestnym dziecka?
- Ja? Serio? No cóż, nie odmówię.
- Radziłbym ci to zrobić. – Wtrącił Dan, grzebiąc wszystkie
pełne dumy i planów myśli Sasuke.
Po południem w jeden z ostatnich dni wakacji
Nagato umówił się z Ushio na wspólny spacer po parku. W lecie trzeba korzystać z powietrza, nawet on
przemógł się od szykowania kart zadań dla swoich uczniów. Z dziewczyną spotkał
się w kawiarni, do której oboje mieli równą, co do metra odległość z domu.
Oboje musieli się trochę wykosztować na transport, ale aby panuje równowaga.
Szybko się w swoim towarzystwie zaczęli zachowywać swobodnie, jak za starych
czasów. Po jakimś czasie do kawiarni weszły dwie dziewczyny w wieku nastoletnim.
Na nieszczęście Nagato jedną z nich była Yumi. Westchnął ciężko.
- Co jest? – Zapytała Ushio.
- Pamiętasz jak ostatnio Sasori wspominał o dziewczynie, która
mnie nęka?
- Tak, a bo co?
- No właśnie weszła… to ta brunetka. – Wskazał podbródkiem na
dziewczynę. Powoli się obejrzała, ale… nie było tam żadnej dziewczyny o czarnych
włosach. Powróciła do Nagato pytającym wzrokiem. – Poważnie mówię. Ona na mnie
leci…
- Nie mówię, że nie, ale tam nie ma żadnej brunetki… - Oburzył
się, bo jak nie ma jak jest? Jeszcze go zacznie posądzać, że zwariował. No
wolałby, aby Yumi była wymysłem, ale nie była.
- Jest. Ma na sobie niebieskie spodnie i żółtą bluzkę.
- To nie jest brunetka…
- Jak to nie?
- Brunetki mają czarne włosy. Brązowe mają szatynki –
Wytłumaczyła Ushio, jak Nagato mógł nie wiedzieć takiej rzeczy? A podobno
nauczyciel…
- Naprawdę? A nie na odwrót…? Zresztą nieważne… - Nagato się
zamyślił na moment. – O czym ja to mówiłem?
- O Yumi.
- Tak, właśnie…! – Teraz się trochę zakłopotał, bo co dalej…
nie mógł tego zwyczajnie zignorować? No ludzie! – A więc… a więc to ona. –
Rany, poczuł się jak oferma, nawet wysłowić się nie umie. Ushio obejrzała się
jeszcze raz na dziewczynę. Całkiem ładna.
- Wygląda na normalną – stwierdziła wracając wzrokiem do
towarzysza… który dziwnie na nią patrzył.
- A to tylko nienormalnym się mogę podobać? – Zapytał cicho,
wydymając swoje usta. No jakby słyszał swoich kumpli… ale ich słowa są mniej
bolesne.
- Jezu, nie! – Zaprzeczyła natychmiast. – Nie chodziło mi o
normalność, że się jej podobasz, tylko normalność, że nie wygląda jakby miała
na twoim punkcie bzika, bo…! Bo jest ładna i wygląda jakby cieszyła się
powodzeniem.
- Aha. – odburknął, dłubiąc widelcem w swoim cieście. To co?
Nie może się podobać ładnym dziewczynom? Ale z drugiej strony nie będzie się o
to kłócił. W końcu uważa uczucia Yumi za bezcelowe. – Zmieńmy temat, co?
- Okej.
- No to wymyślaj.
- Jaaa?
Nagato
przytaknął. To było sprawiedliwe, wszakże on zaproponował zmianę tematu to
Ushio powinna go wymyśleć. Logiczne. Dziewczyna dała za wygraną i się chwilę
zamyśliła, by po chwili zapytać czy czyta jakieś książki. Czytał, oczywiście,
że tak! „Fascynująca matematyka”, „Matematyka. Daj się uwieść!” i inne takie.
Ushio raczej ne chodziło o podręczniki, ale pozostawiła to bez komentarza. Ona
tam jest zagorzałą fanką Szekspira! Z takim podziwem i tak ładnie się o nim
wypowiadała, że Nagato się cieszył, że koleś już nie żyje.
Po Szekspirze
zaczęła wymieniać też innych autorów, a dokładniej mangaków, których już w
ogóle nie ogarniał. Byli w tym samym wieku, a nadal została w niej miłość do
mang. To godne podziwu, że nawet swoją pasję połączyła z wykonywanym zawodem
tłumacza. Po chwili już postanowili wyjść, przejść się po pobliskim parku. W
końcu nic tak nie robi dobrze, jak oddychanie świeżym powietrzem.
- Hej Nagato, masz może ochotę na lody? – Zapytała Ushio
wskazując uporczywie na budkę z lodami. Jeszcze by jego głowę nawiedziły
nieprzyzwoite myśli. Wiedziała, że Nagato taki nie jest tylko ma zboczonych
kolegów, ale z jakim przystajesz takim się stajesz. Wolała nie ryzykować.
- Pewnie, chodź.
Podeszli do
budki i przystąpili do zamawiania. Nagato uśmiechnął się do siebie słysząc
zamówienie towarzyszki – czyli dobrze pamiętał jej ulubiony smak. W kawiarni
zapłacił za obojga, bo był dobrze wychowany… i ogłosił warunek, aby podzieliła
rachunek na połowę w czasie pięciu sekund to wtedy by pozwolił jej zapłacić.
Rzecz jasna na dwoje potrafiła szybko obliczyć, ale nie mogło być na połowę
skoro jest jeden różnicy. Nagato potrafi się nawet grosza czepić… ale za lodowy
smakołyk chciała sama sobie zapłacić.
- Ja zapłacę. – Zgłosił się Nagato wyciągając portfel.
- Nie! ja sama zapłacę…!
- Daj spokój to nie problem.
- Okej, zapłacisz jak
wymienisz trzy sztuki Szekspira w pięć sekund! Raz-dwa-trzy-cztery-pięć! –
Odliczyła na jednym wdechu nie dając Nagato nawet szansy dojść do słowa.
Uśmiechnęła się triumfalnie.
- Okej. Jak chcesz. – Wzruszył ramionami, a co do tych sztuk… i
tak by nie zgadł. – I nie mówi się raz tylko jeden – Matematyk tak bardzo.
Więc Ushio
sama wydobyła własny portfel i położyła pieniądze na ladę budki, a w zamian
miły pan podał jej loda gałkowego. Jednak wypuścił go z rąk trochę za wcześnie,
a dziewczyna nie wykazała się refleksem i smakołyk rozplasnął się na ziemi.
Zamrugała kilka razy nim dotarło do niej co się stało, a w tym czasie Nagato
parsknął śmiechem. Jak to tak w akurat tym momencie? Taki fail.
- Poproszę jeszcze raz to samo i cytrynowo-waniliowe dla mnie.
– Wtrącił Nagato nie mogąc się niestety wyzbyć głupiego uśmieszku z twarzy.
- To nie było śmieszne… - Burknęła.
- Nie śmieję się…. teraz – Dodał cicho. – Tylko uśmiecham.
- To przestań!
- Nie da się, chyba tak mi już zostanie. Proszę. – Wręczył jej
przekąskę, uważając za nią, by ponownie nie uderzyła o ziemię. Dziewczyna
podziękowała skinieniem głowy.
- Oddam ci pieniądze, jak zjem. – Nagato przewrócił oczami. Przezorny
zawsze ubezpieczony, czyż nie?
- Szkoda, że nie byłaś taka stanowcza pięć minut temu… - Ushio
w odpowiedzi się nadąsała. – Nie musisz mi oddawać. Od początku chciałem ci
kupić, ale jesteś strasznie uparta…!
Szli i szli
sobie przez park, a Ushio musiała cały czas słuchać nagany od Nagato. Przez
pierwsze trzy minuty się broniła, ale potem postanowiła oblizywać swoją
przekąskę i ignorować wygłaszaną reprymendę. Dopiero po dłuższej chwili Nagato
skończył i zamierzał przyssać się językiem do loda, gdy z góry kapnęło na niego
coś białego… owe coś to były ptasie odchody. Tym razem to Ushio parsknęła
śmiechem.
- Tak. Bardzo, kuźwa, śmieszne…
- I masz… - Nie potrafiła nic powiedzieć przez napad śmiechu. –
I masz swoją karmę!
- Przecież nie zrobiłem nic złego…
- Śmiałeś się z mojej tragedii i nazwałeś ciamajdą – Burknęła.
Trafił swój na swego.
- Yo Nagato! – Rozbrzmiał całkiem znajomy głos za plecami Ushio,
lecz nim nawet postanowiła się obejrzeć została bezczelnie klepnięta w
pośladki. – Co to za dupę wyrwałeś?
- Hidan! Pogięło cię, idioto?! – Oburzył się Nagato, ale
rozmówca się tylko uśmiechnął i spojrzał w twarz dziewczyny. Natychmiast się od
niej odsunął, jak oparzony.
- Krówka?! To ty?!
- Nie… nie jestem krówką… MAM NA IMIĘ USHIO, DEBILU! U-S-H-I-O!
USHIO! – Krzyknęła potężnie. To niewiarygodne, że po tylu latach znowu trzeba
tego debila uświadamiać.
- Okej, ale po co zmieniałaś imię?
- Zawsze tak miałam na imię!
- Chujowe. – Hidan wzruszył ramionami. – Nagato cię pasie? –
Zaśmiał się. Głupio i samotnie.
- Hidan, wkurwiasz… - Westchnął Nagato. – Co tu robisz? Czemu
nie jesteś u Akasuny?
- Idę na trening i nagle zobaczyłem ciebie z jakąś laską. To
musiałem ją ratować. – Uderzył się rycersko w pierś. – No, ale to Ushi. To nie
zaliczę, nie kręci mnie zoofilia.
- Nie jestem zwierzęciem, debilu! A zaliczać to sobie możesz
egzaminy. Nie no, co ja gadam… - Myślała na szybko, aby walnąć Hidanowi jakąś
ciętą ripostę, ale mózg nie współpracował. – Jesteś debil i tyle w temacie!
- Niby coś do mnie mówisz, a ja słyszę tylko muu, muu, muuu!
Ushio drgnęła
żyłka na skroni i wystartowała ostrym krokiem do Hidana, aby dla dobra całej
ludzkości przywalić pięściami w ten durny łeb! Niestety Nagato ją złapał w
pasie i trzymał mocno. To było trudne, bo trzymał jedną ręką, a dziewczyna się
szarpała. Hidan patrzył na jej starania z politowaniem.
- Ushio, zostaw go! nie warto!
- Ej, spotykacie się? – Zapytał ciekawski Hidan.
- Nie!
- Tak. – W odróżnieniu od Nagato, Ushio przytaknęła. Co go
zaskoczyło.
- Tak…?
- No, jak to przyjaciele… - Trochę nie rozumiała tego, że
musiała tłumaczyć to wszystko. Hidan rozluźnił albo podjudził atmosferę swoim
śmiechem.
- Nagato, ty frajerze! Nadal tkwisz w frie…!
- Hidan! Chyba już czas na ciebie! Spierdalaj z łaski swojej.
- Taa… UshiOOO. – Oho, skoro zwrócił się do niej po imieniu to
pewnie czegoś chcę. – Bądź zaszczycona, bo nie pytam to wiele kobiet… jaki masz numer telefonu? –
Wyciągnął komórkę z kieszeni, by zanotować.
- Och. – Dziewczyna z uśmiechem przeczesała włosy za uszy. -
Sześć, sześć, spieprzaj – Syknęła z gracją. Hidan zrozumiał i schował komórkę z
krzywą miną.
- Ok, nie to nie. – Zrobił bardzo infantylną rzecz… pokazał
dziewczynie język. – To powiedz gdzie mieszkasz albo nie. Znajdę cię. – Ta
deklaracja w jego ustach brzmiała jak groźba. – Ej, też chcę lody. Gdzie
kupiliście?
- Przy wejściu jest budka… - Poinformował Nagato.
- Okej, no to narka…
- Czekaj Hidan… w końcu się spieszysz… Nagato odda ci swojego.
Jeszcze go nie tknął. – Nie musiała tego dodawać, bo Hidan nie brzydził się
śliny kolegów. Kiedyś mu wmówili, że połykając ich DNA stanie się mądry. Efekt?
Wierzy do dziś.
- Ale…
- Oddaj mu…! Bądź przyjacielem – Uśmiechnęła się sztucznie, a
Nagato westchnął. Te ich zagrywki…
- Dobra, masz…
- A jaki smak? Byle gówna nie zjem!
- To jest… - Pojęcia nie ma jakie smaki lubi Hidan. – To jest
twoje ulubione.
- No to okej – Przyjął podarunek. – No to spadam. Nara.
Nagato i
Ushio, której towarzyszył bardzo szatański uśmiech, odprowadzili go wzrokiem.
Nie musieli długo czekać na kulminacyjny moment oblizywania lodów. W momencie
splunął z obrzydzeniem swoją część, a Ushio napawała się dumnie tym żartem. No
dobra, tak dokładniej to śmiała się do rozpuku, a Nagato się przyłączył.
- No bardzo, kurwa, śmieszne! – Odkrzyknął Hidan z oburzeniem.
Podejrzewał,
że te lody będą cytrynowe. I weź tu zaufaj człowiekowi…
Kolejny wakacyjny dzień, kolejny raz ma urwanie głowy w
związku z przejęciem opieki nad Naokim jakiegoś dorosłego, odpowiedzialnego
osobnika. Babcia na wyjeździe, Matsuri pojechała sobie za granicę. Cholera
jasna, dlaczego Miyuki musiała wyjechać akurat w tym momencie…
Od rana razem z Naokim są w centrum handlowym na
zakupach, głównie miały być to spożywcze, szybkie zakupy, jednak nie wyszło.
Siedział z dzieckiem w kawiarni, gdzie zakupił małemu sorbet lodowy, a sobie
jedynie pobudzającą dawkę kofeiny. W tym czasie dzwonił też do pracy i wypraszał
się o wolne, bądź zmianę godzin pracy, tylko na dzisiaj. Niestety nic z tego,
szef najwyraźniej nie miał najlepszego dnia i dzielił się swoim podłym humorem
z podwładnymi.
- Gówno mnie obchodzi, że
nie masz nikogo do opieki nad dzieckiem, Akasuna! To sprawa prywatna, a mnie
obchodzą jedynie zawodowe – Warknął mu do słuchawki. – masz być w pracy za dwie
godziny. Nie ma taryf ulgowych. Jak sobie nie radzisz to się po prostu zwolnij
i zajmij należnie synem. Żegnam.
- Ale… - Zaczął jednak
połączenie zostało zakończone. Był taki wkurwiony, a on tylko podminował
napięcie. – A chuj ci w dupę, ty pierdolona dyktatorsko cioto. – Warknął
patrząc na telefon, gdzie widniało imię i nazwisko pracodawcy. Naoki westchnął
znacząco, kręcąc głową.
- Nie przeklinaj. –
mruknął do niego karcąco. Sasori spojrzał na dziecko spod byka, był zły, a on
go jeszcze wkurwia tymi pouczeniami, jakby nie był dorosłym człowiekiem.
- Ja sobie mogę.
- Powiem babci – Ostrzegł
go, na co tylko przewrócił oczami. Ale się boi…
Dłuższą chwile milczał, popijając kawę i patrząc tęsknie
na przechodzących ludzi. Ta beztroska, bezproblemowość, która wyciekała z ich
uśmiechów tylko go dołowała. Poczuł nacisk na swoje uda, spojrzał w tą stronę
natrafiając na czterolatka. Zgodnie z jego zamiarami, wziął go na swoje kolana.
Przycisnął się ciałem do klatki piersiowej ojca, dodając mu tym gestem takiego
spokoju. Przecież nie mógł się na niego gniewać, poczułby się taki niechciany,
będący źródłem jego problemów. Musnął ustami czoło syna i dopijał swoją kawę. Porcja
lodów dziecka została szybko opróżniona… a kolacji tak szybko nie je!
- Tatusiu… - Zaczął
Naoki, wpatrując się w górę w twarz taty.
- Hm? – mruknął,
odstawiając pusty kubek kawy na stół.
- Możesz dzisiaj nie iść
do pracy? Tęsknie za tobą. – stwierdził i objął go mocniej. Sasori naturalnie
odwzajemnił uścisk, uśmiechając się czule.
- Ja też tęsknie, ale sam
słyszałeś, że nic z tego. Jak nie pójdę to mnie zwolnią i nie będzie pieniążków.
Kto ci wtedy kupi zabawki? – Błagam, tylko nie mów, że wujek. Błagam!
- Dobrze… - Westchnął
cicho z ulgą po chwili i wtedy Naoki poderwał się do góry. – W reklamie
widziałem taki fajny zdalnie sterowany tor wyścigowy, kupisz mi go tato?
Proszę, proszę, proszę!
- Zobaczymy – mruknął i
pomógł zejść chłopcu na ziemie.
- Nie zobaczymy, zawsze
tak mówisz i nie kupujesz! – Naburmuszył się, zakładając ręce na piersiach. –
Ostatnio też tak było!
- Naoki, masz dużo
zabawek, którymi się nawet nie bawisz – oznajmił posępnie i zapłacił rachunek.
- Ale tą będę się bawił!
Naprawdę! – Zapewnił z przejęciem. – Można się ścigać na dwóch, jak wrócisz z
pracy to się pobawimy razem!
- To na pewno droga
zabawka. Za droga, by po miesiącu kurzyła się w szafie, jak reszta. – Wszedł z
nim do windy, gdzie wcisnął odpowiednie parterowi piętro. – Dlatego ci nie
kupię.
- Przecież chodzisz do
pracy, by zarabiać pieniążki na zabawki dla mnie. To dlaczego, nie chcesz mi
kupić?
- To był przykład, Naoki
– Sasori zmrużył gniewnie oczy. Nie ma zamiaru się z nim dogadywać, mówi nie to
nie, koniec tematu. – Zarabiam też na dom, jedzenie, ubrania.
- Mam dużo ubrań –
stwierdził, patrząc w czubek butów.
- I dużo zabawek – odparł
dosadnie.
- Ale ja chcę! – Tupnął
nogą, co tylko pogorszyło w sumie jego sytuacje. Akasuna ostatnie, czego chciał
to sprawić, by syn stał się rozpuszczony. – Inaczej będzie mi się nudzić w
domu.
- Nie interesuje mnie to.
– Warknął i nakazał mu wyjść z kabiny windy, jednak nie chciał. Szarpnął go
ostro za rękę. – Chodźże Naoki. Nie będę łaskawie czekał, aż się ruszysz.
- Jak mi kupisz to będę
cały czas grzeczny – Zaproponował, czasami to pomaga.
- Powiedziałem nie.
Czterolatkowi zbierały się łzy w oczach. Wszyscy jego
koledzy mają fajne zabawki, rodzice im ciągle coś kupują, a jemu tata nic nie
chce. Czuł się smutno, tata go przestał kochać? Chciał tylko jedną zabawkę…
Sasoriemu zadzwonił telefon, poluzował trochę uścisk rączki syna, ale w dalszym
ciągu kierował się do wyjścia. Okazało się, że dzwoni Matsuri z pewną prośbą.
Co by to nie było to nie miał dla niej czasu.
- Tato! Tato! Patrz! Tu
jest ten tor wyścigowy. – Wskazał na sklep, gdzie w oknie była wystawa tej
zabawki z wywieszoną tam reklamą i ceną… sporą ceną. – Kup mi, kup mi! Już o
nic więcej nie poproszę, tatusiu!
- Naoki do cholery!
Rozmawiam, nie wkurzaj mnie dodatkowo! – Warknął na niego, powracając z
krzykami na siostrę. Nie dawał dojść
jej do słowa, ponieważ tłumaczył swój zawalony harmonogram. Mały Akasuna
zmrużył oczy, wyślizgnął się z uścisku ręki ojca i pobiegł do sklepu z
upragnioną zabawką. Sasori odwrócił się zdenerwowany.
- Naoki! Kurwa mać…
Matsuri, oddzwonię do ciebie – rozłączył się i podbiegł do sklepu, gdzie
wcześniej wszedł jego syn. Rozglądnął się po pomieszczeniu, swojego syna
zobaczył oczywiście przy zabawce, sklep dawał możliwość zabawy wystawionym
produktem. Złapał chłopca mocno za ramię i ukucnął naprzeciwko. – Jak to się do
cholery zachowujesz?! Radzę ci się już więcej nie oddalać, rozumiesz?!
- Jakbyś mi kupił to
byłbym grzeczny! – Odkrzyknął prawie tak samo mocno, z tą różnicą, że już przez
łzy.
- Nie, do cholery! Masz
być grzeczny, bo tak trzeba, nie będę cię przekupywał zabawkami, bo tobie się
tak podoba. – warknął ściskając mu ramię mocniej. Jego płacz się nasilił, nie
tylko z nieświadomie wydanemu bólu, ale i dostanego opieprzu. – Idziemy do
domu.
- Nie chce! Nie lubię cię
tato! - Wykrzyknął, chowając załzawioną twarz w dłoniach. Przechodnie patrzyli
na te scenę z ściśniętym z żalu sercem, ale się nie wtrącali. Każde dziecko tak
reaguje, gdy nie dostanie, czego chce.
- Idziesz czy tego chcesz
czy nie! – Zawołał i wziął go mocno za rękę. Oczywiście, serce mu pękało,
słysząc szlochy dziecka tuż obok. Chciał się zatrzymać, przytulić go i
przeprosić, ale musiał być konsekwentny. – Przestań płakać… nie jesteś już
dzidziusiem.
Nic nie odpowiedział, posłusznie starał się pohamować od
płaczu. Drogę do domu przeszli spacerem, w milczeniu. Naoki szedł ze smutną
miną, starając się nie nadepnąć na linie na chodniku. Sasori specjalne zwolnił
tempa, by mały mógł sobie dodać tak trochę przyjemności. Ujętą dłoń już dawno
poluzował, teraz to czterolatek bardziej ją ściskał żeby się czasem nie
przewrócić. Stanęli przed ostatnią uliczką do swojego mieszkalnego bloku,
czekając aż zapali się zielone dla pieszych światło. Po drugiej stronie
zamajaczyły jakieś dzieciaki z plecakami, dziwne, są przecież wakacje… właśnie!
- Wiem. – mruknął do
siebie i wyjął z kieszeni telefon. Naoki spojrzał na niego pytająco. – Zostaniesz
dzisiaj z Nagato, są wakacje to będzie miał wolne.
- Nie chcę! Tylko nie z
wujkiem Nagato! – Jęknął żałośnie, Sasori spojrzał na niego z uniesioną brwią…
ale o co chodzi? – Nie lubię go… - Dodał nadąsany.
- Dlaczego?
- Każe mi liczyć… myśli,
że to fajne. – Wytłumaczył, kopiąc kamyk. Osoba za Sasorim parsknęła śmiechem,
a on sam też z trudem się powstrzymywał.
– Zadzwoń po wujka… Deidarę?
- Jest w pracy – Bąknął
pod nosem.
- To po… wujka… Hidana –
rzekł bardzo cicho, ale i tak usłyszał. Pewnie na początku chciał go
powiedzieć, ale wie jak na niego reaguje to już Dei’a wolał, myśli się.
- Nie ma mowy. –
stwierdził sucho i wyszukał na telefonie Uzumakiego. – Liczenie będzie dla
ciebie mniej szkodliwe – oznajmił.
Naoki się pogniewał usiadł na chodniku pod słupem i nie
wstawał, nawet gdy światło stało się zielone, a Sasori nakazywał mu się
podnieść. Co za uparciuch. Postanowił najpierw dokończyć rozmowę z przyjacielem
i poprosić o przysługę. Nagato zgodził się ochoczo, za kwadrans u nich będzie.
Idealnie, zdąży jeszcze przed czasem do pracy. Schował telefon do kieszeni i
spojrzał na syna, siedział na chodniku po turecku z opartą na rękach brodą.
Sasori ukucnął naprzeciwko, zasłaniając mu widok, ale mały nie zaszczycił go
wzrokiem.
- Idziemy do domu,
wstawaj. – Przekręcił przecząco głową. – Przeziębisz się. – Wzruszył ramionami.
Westchnął ciężko, ściskając swoje zatoki. – Naoki, jak chcesz mnie wkurzyć to
wierz mi, jesteś na dobrej drodze. – Podniósł go usilnie z ziemi i zwrócił do
niego groźnie. – Jazda do domu, bo ci wleje.
- Nie. – Szepnął i
rozpłakał się głośno, łzy były silniejsze od niego. Był takim niedobrym
dzieckiem, tak bardzo, że ojciec ma ochotę go uderzyć. – Zostaw mnie tutaj. – Dodał
ocierając łzy.
Sasori rozumiejąc tą reakcję, jako dziecięce fochy, wziął
go na ręce. Spieszy się, nie ma czasu na gadanie. Czterolatek przytulił się do
niego mocno, szlochając cicho w ramię.
- Przestań płakać, bo nie
będę cię lubił – Ta groźba jedynie nasiliła rozpacz dziecka.
Kiedy doszli już do mieszkania, Naoki zasnął mu na
rękach. Z lekkim trudem, wyjął z kieszeni klucze i otworzył drzwi. Postanowił
go nie budzić, drzemka dobrze mu zrobi. Ułożył go na łóżku w kolorowym,
przytulnym pokoju, okrył go troskliwie kocem i obtarł zaschnięte łzy kciukiem.
Również dla niego było to ciężkie popołudnie, nie lubił, gdy płakał, nie lubił,
gdy na niego krzyczał i nie lubił, gdy musiał mu czegoś odmawiać… ale czasem
trzeba. Bardziej zacznie cenić to co posiada, do czego się przywiąże. W tym
celu potrzebny jest umiar. Usłyszał dzwonek do drzwi, zostawił śpiącego syna
sam na sam ze swoimi snami i poszedł otworzyć.
- Yo, jestem. – Uśmiechnął
się chłopak. – Gdzie Naoki?
- Śpi. – odpowiedział,
zakładając sobie buty. – Dzięki, że się zgodziłeś nim zaopiekować. Życie mi
ratujesz, nie chcieli dać mi wolnego. Kretyni… a tyle nadgodzin mam na koncie.
- Spokojnie. I tak teraz
jedyne, co mam do roboty to przygotowywać sobie plan nauczania. – Poklepał
sobie torbę, w której znajdował się najwidoczniej laptop. – A z Naokim zawsze
jest weselej, taki fajny mały kumpel. – on jeszcze nie wie…
- Jasne… No to postaram
się wrócić jak najwcześniej. Lodówka pełna, mały ci powie, gdzie, co jest,
jakby co. – Dodał, zabierając ze stołu klucze i torbę do pracy. Uzumaki usiadł
sobie na kanapie w salonie, miał już wychodzić, ale jeszcze była jedna kwestia.
– Nagato…
- Tak? – zapytał
nieobecnie, podłączając laptopa.
- Nie każ Naokiemu liczyć.
– Spojrzał na niego z uniesioną brwią. – On tego nie lubi.
Był tym zdziwiony. Jak można nie lubić liczyć? To bez
znaczenia, że Naoki ma dopiero cztery lata! Toż to taka fajna zabawa, dzięki
niej myśli bardziej logicznie. Zresztą wydawał się zawsze być wesoły na wieść o
przygotowanych rebusach, grafach czy zadaniach pisemnych. W każdym razie,
zgodził się. Nie to nie, trudno… został sam.
Po paru godzinach pisania na laptopie do salonu wszedł
Naoki, grzecznie przywitał się z Nagato i usiadł przy nim na kanapie. Trochę
się zdziwił, że nie zaproponował mu żadnego liczenia, ale nie wnikał. Pomyśli,
że zatęsknił, a to nieprawda. Włączył sobie telewizje, gdzie leciały jakieś
bajki.
- Wujku…
- Tak? – Zapytał Nagato,
odwracając wzrok z laptopa na chłopca. Już wcześniej zauważył, że coś go
gryzie, ale wolał nie naciskać. W jego wieku nie trzeba długo czekać, aby się
wygadał.
- Bo… - Zaczął niepewnie,
chciał porozmawiać o dzisiejszym dniu, dzisiejszej sytuacji z tatą. Martwił
się, że przestał go kochać, dlatego mu nie kupił zabawki. Już go nie lubi i
dlatego krzyczał i chciał go zbić.
- No, śmiało mów. Możesz
mi powiedzieć o wszystkim – powiedział Nagato. W szkole rozmawia z uczniami,
wie jak rozwiązywać problemy. Naoki przekręcił głową.
- Możesz zadzwonić do
wujka Hidana?
- Po co? – Zdziwił się.
- Chciałbym z nim
porozmawiać. – Wytłumaczył, jego tymczasowy opiekun, odłożył laptop na stolik
przed nim i uważnie odwrócił się do czterolatka. – Proszę…
- Ale, porozmawiaj ze
mną! Jestem bardzo dobrym słuchowcem, razem rozwiążemy twój problem. Nie musi
być on natury matematycznej. – Zapewnił z uśmiechem, trącając go lekko w ramię,
w geście przyjaźni. – Jesteśmy przecież kumplami!
- Nie… nie ważne…
Powiedział smutno i zszedł z sofy, kierując się grzecznie
do swojego pokoju. Nagato czuł się trochę gorzej, rozmowa z Hidanem jest niby
lepsza? Nieprawda! Z jego strony nie można liczyć na empatie, usłyszy się tylko
wyzwiska, śmiechy z nieszczęścia i inne jakieś głupie teksty. Naoki by się
tylko jeszcze bardziej zdołował, istnieje też sześćdziesiąt procent szansy, że
może szpuntować go przeciwko ojcu. To przecież Hidan…
Po jakiś dwóch godzinach zmartwił się podopiecznym, w
pokoju było cicho i nie wychodził stamtąd w ogóle. Zapukał grzecznie w
drewniane drzwi i nacisnął na klamkę. Naoki leżał na brzuchu, na dywanie w
środku pokoju, bawiąc się swoimi starymi zabawkami. Był tą czynnością jakby
znudzony.
- Hej, Naoki. Co
porabiasz? – Usiadł sobie po turecku obok niego. Chłopiec nie przejął się jego
obecnością.
- Bawię się głupimi
zabawkami – Fuknął, te przedmioty nie były już takie fajne jak na początku, a
już na pewno nie były lepsze, niż nowy tor wyścigowy, który widział w reklamie
i sklepie.
- Dlaczego głupie?
- Bo nie są fajne – Proste?
Proste. Nagato się trochę zakłopotał tą oczywistą odpowiedzią.
- To je wyrzuć do śmieci,
albo oddaj do sierocińca, inne dzieci z pewnością by się ucieszyły. – Kontynuował
zdanie, pomimo potrząsającej przeciwnie główki chłopca od trzeciego słowa.
- Nie! Nie! Tata dał mi
te zabawki bo mnie kocha, nie oddam ich!
- Co? – Zaśmiał się pod
nosem. – Myślisz, że zabawka to dowód miłości? – Chłopiec spojrzał na niego
pytająco, a nie? – Tata nie daje ci zabawek, bo cię kocha. Kocha cię
bezwarunkowo. Te wszystkie autka, maskotki czy klocki to żebyś był szczęśliwy,
nie kupuje przecież twojej miłości.
Już nic nie rozumiał. To tata go nie kocha? Zabawki o tym
nie znaczą? Wujek Hidan mu kupuje co chce, nie krzyczy na niego i na wszystko
pozwala, a tata odwrotnie. Znaczy zawsze mu kupował co chciał, a dzisiaj coś go
ugryzło, jednak oboje mu mówią, że go kochają, więc znaczenie muszą mieć
zabawki, bo jak inaczej. I co to znaczy kochać bezwarunkowo?
Wtedy do domu wróciła Matsuri, manifestując swoje
przybycie trzaskiem drzwi. Nagato pożegnał się z małym Akasuną czochrając go po
głowie i wyszedł do dziewczyny. Niezbyt się ucieszyła na widok swojego
profesora z matematyki w wakacje, ale takie życie. Zbladła, słuchając o jego
planach na nadchodzący rok… musi zmienić szkołę. Koniecznie.
Następnego dnia rano Sasori poszedł do kuchni gdzie
zastał swoją siostrę, Matsuri. Był zdziwiony jej widokiem. Gdy wrócił w nocy do
domu to myślał, że na kanapie śpi Nagato, a nie Matsuri. Okazało się, że
dziewczyna wróciła dużo wcześniej zza granicy, bo cóż… były tam jakieś kłopoty.
Lecz mimo wszystko wydawała się szczęśliwsza. Pytając o powód odpowiedziała
tajemniczo, że niedługo mu o wszystkim powie. Tymczasem musiała już iść, bo
umówiła się ze znajomymi. Do Saso wpadła jedynie, aby zająć się Naokim.
Wczorajszy telefon ją zwyczajnie zmartwił.
Mężczyzna wrócił do przygotowania śniadania dla siebie i
syna. Rozgrzane wrzątkiem szklanki położył na stół, obok talerzy z widniejącymi
na nich naleśnikami. Czterolatek zawsze się cieszy na ich widok.
- Naoki, śniadanie! – Zawołał
go, była już ósma, nie powinien spać. Był rannym ptaszkiem. W tak młodym wieku
poziom melatoniny jest ogromny, więc nie
potrzebuje długiego snu.
Usiadł sobie na krześle, popijając sobie wpierw gorący
napój. Po chwili do kuchni wszedł Naoki, nie w piżamie jak się spodziewał, a
już ubrany. Trochę pokracznie, bo spodnie na odwrót, bluzka zmiętolona jak nie
wiem, skarpetki… tu na szczęście dobrze, no ale liczą się chęci.
- Wyspałeś się? – Zapytał
z uśmiechem. Kiwnął głową na tak i rozglądnął się po pomieszczeniu. Podszedł do
kuchennej lady i sięgał ręką po postawiony na niej słoik z nutellą. Niestety
jego próby marnie mu szły.
- Podasz mi? – Zapytał
zwracając na siebie uwagę taty. Spełnił jego prośbę, może chce czekolady do
naleśników. Nie było tak, brunet odbiegł do pokoju nie tknąwszy nawet jedzenia.
- Naoki, wracaj tu i
jedz! – Nakazał srogo. Odpowiedział mu jedynie trzask drzwi pokoju chłopca.
Wstał, więc z krzesła i skierował się do miejsca pobytu
syna. Niech zje póki jest cieple. Otworzył drzwi, zastając go siedzącego na
łóżku po turecku z założoną bluzą i kapturem na głowie i opartymi policzkami o
zaciśnięte dłonie. Obok niego był załadowany, mały plecak, a z niego wystawał
produkt czekoladowej masy.
- Chodź jeść. – Nakazał,
ale Naoki przekręcił tylko głową i się nie ruszył. – Są naleśniki. – Dziecko
wzruszyło ramionami. O rany, jakaś cięższa sprawa… - Masz ochotę na coś innego?
– Nic nie odpowiedział. Sasori usiadł na łóżku obok dziecka, zdjął mu kaptur z
głowy. – Na dworze może i pada, ale nie w domu. – oznajmił, ale w dalszym ciągu
nie było odzewu. – Skazujesz mnie na jakiś pakt milczenia? – Tym razem pokiwał
twierdząco głową. – Gniewasz się za te zabawkę wczoraj, tak? – Zaprzeczył. – To
powiedz o co chodzi albo cię połaskotam. – Uśmiechnął się perfidnie, a Naoki
spojrzał na niego z paniką. Nie zrobi tego! Kiwał głową na boki, a Sasori
zrobił co powiedział. Zniewolił syna w ruchach i wprawiał go w śmiech. Dociskał
go do swojej klatki piersiowej, ślizgając się palcami po jego odkrytym brzuszku.
- Zo-Zostaw mnie! Tato zostaw!
Dobra powiem, tato! – Wołał przez śmiech, nie wypuścił go z objęć, ale
poczekał, aż mały złapie oddech. – Wyprowadzam się – Powiadomił poważnie.
- Wyprowadzasz? Aha, a
gdzie? Do łazienki? – Dopytał. No wziął to za jakąś zabawę, normalne.
- Nie. Pójdę do wujka
Hidana albo do Miyuki albo gdzieś… gdzieś daleko od ciebie. – stwierdził
smutno. Mówił to z jawną boleścią, ale to Sasoriego bardziej zabolały te słowa.
Daleko od niego? Serce mu w tym momencie pękło, dlaczego? Odwrócił syna przodem
do siebie.
- Nie chcesz ze mną
mieszkać? Aż tak ci zależało na tej zabawce? – Zaprzeczył ruchem głowy. – Więc
o co chodzi? No powiedz.
- Bo mnie nie kochasz –
odparł, patrząc w bok.
- Nieprawda. Jak mógłbym
cię nie kochać? Nie jestem… - Twoją matką, na szczęście w porę ugryzł się w
język. – bez serca. Jesteś moim dzieckiem, zawsze cię będę kochał – Otworzył
szerzej ramiona, zapraszając dzieciaka w objęcia. Uczynił to niemal od razu
wprawiając w radość nie tylko siebie, ale i ojca.
- Przepraszam, że byłem
niedobry…
- To nic. – Musnął go
ustami w czoło. – Co spakowałeś, prócz nutelli? – Zapytał wycofując chłopca na
łóżko i zabierając przed siebie plecak i wyjmując wszystko po kolei. – Pistolet
na strzałki…?
- Muszę się bronić przed
złem! – Wytłumaczył. Taa dużo by takimi strzałkami zdziałał, przewrócił oczami.
- Telefon… stacjonarny? –
Właściwie tylko słuchawka, prawie nie używają tego telefonu, więc i tak by nie
zauważył jego zniknięcia.
- Jakbyś zatęsknił i
chciał do mnie zadzwonić. – Nie pomyślałby, żeby dzwonić na domowy, nawet chyba
nie pamięta numeru, ale dobra. Nie będzie mu niszczył wizji doskonałego planu.
- Majtki… a reszta ubrań?
- Zawsze jak gdzieś
jedziemy, to pytasz tylko czy spakowałem majtki. – Bąknął, zakładając ręce na
piersiach. Dobra, mówi tak, ale inne ubrania mu pakuje, on ma za zadanie dbać o
majtki i skarpetki.
Potem ruszyli jeść śniadanie, było wystygłe, ale nie
tak, aby to przeszkadzało w posilaniu się nim. Naoki nie dość, że zjadł swoją
porcje to jeszcze wybłagał wzrokiem tą należącą do Sasoriego. Ach i jeszcze
musiał go przebrać na nowo, przecież nie będzie gonił ze spodniami z dupą w
przodzie. Zdejmując dziecku bluzkę zauważył sporego siniaka na jego ramieniu.
Zmrużył oczy.
- Co ci się stało? – Wskazał
na ów miejsce. Naoki wzruszył tylko ramionami. – Boli cię?
- Nie, tylko trochę
bolało wczoraj, jak mnie złapałeś w sklepie. – odparł beztrosko kręcąc się po
pokoju.
Sasori zamarł, on mu zrobił tego siniaka? Nie wiedział,
że tak mocno ścisnął go wtedy za tą rękę.
Rany boskie, pojebało go… niechcący zrobił krzywdę własnemu dziecku. Nie
pierwszy raz.
DATA NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU
16.03.2015
OD AUTORKI
Hee-Yo :D I zapomniałam o czym miałam pisać... :P Ostatnio znowu się opieprzałam na blogach, ale spokojnie - powolutku będę was komentować :) Przepraszam, mam po prostu dylematy między pisać rozdział, a pisać komentarze... :<
Dziękuję za czytanie moich wypocin, wiem żecoraz mniej jest rzeczy gdzie można się pośmiać, ale mam nadzieję, że nadal was pisemnie zaciekawiam/zadowalam xD :*
Pozdrawiam :D :*
SPOILER (inny niż zwykle xD)
Do Hidana z samego rana o jedenastej, przychodzi ojciec wraz z drugim synem. Jaką mają sprawę? Dlaczego nie mogło to poczekać do południa?
Yahiko z Konan jadą zapraszać Uchihów na swoje wesele. Przy okazji podwożą Nagato do wujostwa, gdzie sami potem mają dołączyć. Czy zaproszenia zostaną przyjęte? Czy Kushina poda gościom ramen?
Daisuke dotrzymuje towarzystwa niezadowolonej z tego powodu Sakurze. Dobre serce autorki sprawia, że spotykają dla siebie lepsze towarzystwo. Kogo spotkają? Co się wydarzy? Bo coś na pewno.
Kana zaczyna mieć mocne skurczę porodowe. Z rozkazu Mikoto zostaje odwieziona do szpitala.Jak będzie znosić poród? Za kogo wezmą ją w szpitalu?
... tego dowiecie się w najnowszym rozdziale. Dum, dum, dum, duummmm xD