8 mar 2014

ROZDZIAŁ 15.


Ostatni dzień wolnego, a Sasori i tak musi iść do swojego miejsca pracy, jednak tym razem przyczyna była o wiele gorsza i w ogóle nie wie jak on to przeżyję. Mianowicie, Naoki miał dzisiaj szczepienie. Już teraz przeżywał to bardziej, niż syn. W końcu to wydarzenie jest początkiem fazy „nienawidzę lekarzy, szpitali itd..” bolesne, tym bardziej, że on sam się kształci na takiego medyka. Własne dziecko go znienawidzi przez zawód… dobrze, że nie jest dentystą. Takie tam, pocieszenie.
Siedział na kanapie w salonie, naprzeciwko Naokiego i szykował go do wyjścia. Ledwo zaczął się listopad, a już z nieba zaczął sypać śnieg, trwało to nieustannie całą noc, więc na dworze było zupełnie biało. Na  szczęście na zimę zabezpieczył się zza wczasu i mógł ciepło ubrać syna. Chłopiec bawił się jakąś grzechotką, będąc zainteresowany jej kształtem, jej kolorem i dźwiękiem jaki z siebie wydawała. Nie zwracał uwagi, że tata go ubiera w jakieś grube spodnie, ubierał mu buciki, wiąże szyję szalikiem i ubiera kurtkę, dopiero przy rękawiczkach się na niego zdenerwował.
- E no! – zawołał, od niedawna wyłapał taki zwrot, kiedy Hidan go ciągle przy nim powtarzał, gdy Saso wtrącał się w jego naganne zachowanie. Teraz, odebrał dziecku zabawkę.
- Zaraz ci oddam, najpierw ubierzemy rękawiczki, żeby ci nie był zimno… - niby logicznie mu wszystko wytłumaczył, ale dziecko i tak się rozwyło. Odebrał mu zabawkę, największe przestępstwo na skalę dziecięcego umysłu! Nie zdawał sobie tego sprawy, co za ludź. – Naoki, przestań się mazać, nic ci nie robię – jak to nie? zabrałeś mi zabawkę i pozbawiłeś czterech palców zamieniając je na jakiś jeden, gruby… kciuk mi został na szczęście, pomyślał sobie chłopiec. Histeryzował pod postacią płaczu, co irytowało Akasunę i jego bębenki słuchowe, nawet smoczek, który miał w buzi nie pomagał. – Dobra! Masz! – warknął i oddał mu grzechotkę, ale od razu mały rzucił to na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Teraz już nie chciał! Jak miał się tym bawić bez palców?! – Zwariuje przy tobie! – zawołał będąc na skraju załamania.
Co innego płacz ze zdenerwowania, a co innego płacz z bólu… a może nie będzie tam płakał? Zmęczy się płaczem w domu po prostu… nie wie jak on to przeżyje, zemdleje albo sam zacznie płakać, bo jego pociecha płacze. To takie skomplikowane. Zawiązał pod jego bródką supełek od czapki i z uśmiechem stwierdził, że gotowe, jednak Naoki siedział bez ruchu, swoje piąstki zaciskał tak mocno, że aż drżały, a twarz była cała czerwona i bardzo napięta.
- Co się dzieje? – zapytał zmartwiony stanem dziecka. W ciszy zastanawiał się, co mogłoby mu dolegać, już wyciągał rękę do jego czoła, kiedy nagle chłopiec z ulgą wypuścił oddech. - … no ty sobie chyba żartujesz? – warknął zezłoszczony, ale Naoki jedyne co zrobił to się beztrosko zaśmiał. – właśnie cię ubrałem. Nie możesz robić kupy wcześniej?! – to naprawdę było denerwujące zachowanie, w ogóle nie śmieszne.
I teraz musiał go z powrotem całego rozebrać, bo spodnie były na szelki i kurtka wszystko blokowała. Potem musiał mu zmienić pampersa, dobrze tyle, że na serio zrobił tą kupę, a nie był to jakiś fałszywy alarm. Potem gdy w końcu go ubrał, pozostawił chwile samemu sobie, by mógł się szybko ubrać i żeby syn się za bardzo nie zgrzał, gdy ubierał drugiego zimowego buta, ktoś zaczął dzwonić do mieszkania.
- Kto to? – zapytał w dalszym ciągu pochylony nad butem. Wtedy drzwi się otworzyły i uderzyły prosto w Sasoriego, zaburzając jego równowagę i doprowadzając do upadku.
- Och, Saso… dlaczego leżysz na podłodze? – zapytał Hidan, parząc na niego z wyższością, zrugał go wzrokiem i wstał na równe nogi, ale i wtedy patrzył na niego z wyższością. Dosłownie i w przenośni.
- Zaatakowała mnie, wiesz? – sarknął w jego stronę. – Czego włazisz mi do mieszkania.
- No, ktoś tu wybełkotał jakieś proszę.
- Głuchy jesteś? Zapytałem, kto to.
- Hidan – odpowiedział, szczerząc się głupio. Sasori odpuścił mu dalszy wywód o kulturze, prywatności i w ogóle. Nie zrozumie. Prychnął pod nosem i zdjął z wieszaka kurtkę, zarzucając ją na siebie. – Idziesz gdzieś? Tylko nie pieprz, że poprosiłeś o opiekę nad Nao, kogoś, kto nie jest mną!
- Uspokój się, wychodzę z nim.
- Ach, spoko… gdzie idziemy?
- Ty nie idziesz – burknął, no jeszcze mu jakiegoś narwańca trzeba. Wstydu mu narobi i jeszcze go zwolnią za posiadanie jakiegoś durnego kolegi, który obraża wszystko i wszystkich. – wybieramy się na szczepienie.
- Kogo?
- Misia Gogo – warknął ostro. Nie chciało mu się wszystkiego tłumaczyć i tak nie zgadza się, ab z nimi szedł. – Naokiego, durniu!
- Zamknij pysk – złapał go mocno za kołnierz kurtki. – denerwujesz się bardziej, niż on. Wyluzuj – nakazał koledze, a jemu zrobiło się głupio… dostał zasłużony opiernicz od Hidana… koniec świata bliski.
W przedpokoju jeszcze przez następne kilka minut. Wykłócał się z przyjacielem na temat wspólnego pójścia do szpitala, miał w zanadrzu swoje głupie argumenty. Typu on się nim zajmie, a Sasori poderwie jakąś pielęgniarkę albo pacjentkę i uczyni z niej matkę dla Nao, bo mały musi mieć kochającą mamę, by nie wyrosnąć na geja.
- Ja nie wiem skąd ty bierzesz takie głupie historie.
- W internecie tak mówią, nie wchodzisz na internet?
- Nie, mam wtedy wrażenie, że te wszystkie posty są od ciebie – burknął, a Hidan nie załapał, że kolega mu mówi coś niestosownego. Przecież to co piszą w internecie jest zwykle mądre, no chyba, że pisze kobieta. Hehehe.
- Dobra, skończ pierdolić i wychodzimy – otworzył drzwi mieszkania.
- Nie idziesz! To moje miejsce pracy, wstydu mi narobisz – stwierdził wychodząc z nim na korytarz.
- Skoro do tej pory ty sobie go nie narobiłeś, to ja tym bardziej – spojrzał na czerwonowłosego, który z przymrużeniem oczu zamykał drzwi, a potem zrugał go wzrokiem. – no weź, proszę cię. Nie traktuj mnie jak człowieka bez krzty kultury – spojrzał spode łba. – człowieku, jestem bogaty! Maniery zostały mi wpajane zanim nauczyłem się mówić!
- Pewnie dlatego ich w ogóle nie stosujesz – bąknął postępując kroki na stopniach, ale Hidan jeszcze go zatrzymał, gdy przekroczył pięć stopni.
- Kurwa mać, Saso no! Lubię Naokiego, masz zajebistego syna, daj mi mu towarzyszyć – zawołał Hidan z pretensją. – przecież ci go nie odbiorę – no może pożyczy, czasami… czasami często. Sasori westchnął.
- Zgoda… - wtedy spojrzał na siebie, potem na cieszącego się kolegę, potem znowu na siebie. – kurwa, Naoki – wypowiedział i zerwał się z powrotem do swojego mieszkania po dziecko.
- Jaki debil, zapomniał własnego dziecka – mruknął Hidan, ale nie przejął się tym.
Czym prędzej wyciągnął z kieszeni klucz i otworzył zamek w drzwiach. Sam nie wiedział, jak mógł o nim zapomnieć, przecież był centrum rozmowy, a zorientował się dopiero po wypowiedzeniu jego imienia. Wszedł ostro do domu i od razu ruszył do syna. Najwyraźniej nawet nie zauważył, że został sam w domu, bo bawił się radośnie swoimi grzechotkami. Był za spokojny, dlatego go zapomniał… no i Hidan go zagadał. Zwalał winę na swoich towarzyszy
- Chodź do taty, mistrzu – zwrócił się do Nokiego, biorąc go na ręce. – niedobry tata, zapomniał o tobie, nie? Ale już sobie wychodzimy.
- Saso, poczekajcie na mnie, idę sobie strzelić kupsko.
- No ty chyba w chuja lecisz – warknął, do wymijającego go Hidana.
- Pięć minut, no!
Niby jego mieszkanie, a ten panoszy się w nim jak król. Westchnął w geście bezradności, podrzucił chłopca lekko w górę, by mieć na niego lepszy widok. Naoki uśmiechał się na wspomnienie wujka i zagryzał swoją piąstkę. Odsunął mu ją od buzi i zaczął spacerować po mieszkaniu. Naoki w przedpokoju zobaczył coś bardzo ciekawego, wisiało na ścianie i widział w nim siebie… i tatusia, ale nieważny szczegół.
- Kto tam jest? – zapytał Sasori. Żartujesz sobie tato?! No przecież, że ja, a tam jesteś ty! Zaczął gaworzyć, wskazując na odbicie czerwonowłosego. – a tam jest tatuś – uśmiechnął się do niego. No brawo! W końcu zrozumiałeś, ale jesteś głupi, ziomku… ale i tak cię kocham. Zaśmiał się wesoło i objął szyje rodzica.
- Saso, masz strasznie wysoki poziom wody w kiblu – stwierdził Hidan na wstępie.
- No i? – burknął, wypędzając go z mieszkania.
- No robię klocka, spada do wody i mi chapie dupę, fuj.
- Nie interesuję mnie, co się z twoją dupą dzieję – Sasori zamknął drzwi mieszkania i wszyscy razem ruszyli do wyjścia z budynku.

Będąc już w poczekalni w pomieszczeniu zarezerwowanego dla punktu szczepień małych dzieci, rozebrali się z zimowych odzieży. Kolejka była dosyć spora i nie było w nich jedynie samych matek. Niektórym dzieciom towarzyszyli i ojcowie lub babcie. Hidan wziął Naokiego na ręce i sobie z nim spacerował po korytarzu. Żadna mamuśka nie była wystarczająco dla niego dobra, owszem, miały cycki, ale były bardzo nabite. Znaczy jedna była fajna, ale była ze swoim mężem… albo to jej ojciec. W każdym razie, jeśli to pierwsze, to bardzo podziwia tego człowieka.
Sasori siedział na krześle z opartymi na kolanach łokciami i wgapiał się twardo w podłogę. Trochę się denerwował, a jeszcze jak jakaś para wyszła z płaczącym dzieckiem to już wiedział, że w tym starciu polegnie. Serce mu się kraje na widok obcego dziecka, co innego, jak będzie to jego własny syn.
- Ej Saso – zawołał Hidan. Będący w jego ramionach Naoki wyciągnął ręce do ojca, na co zareagował z uśmiechem, sadzając go sobie na kolanach. – czemu to dziecko płakało?
- Pewnie go bolał zastrzyk.
- Zastrzyk? Mówiłeś, że idzie na szczepienie!
- A czym według ciebie się szczepi, debilu? – warknął gniewnie. – Albo nie, nie odpowiadaj. Zrób światu przysługę, idź na drugie piętro i zapytaj czy nie mogliby  ci zrobić przeszczepu mózgu.
- Po co na drugie, skoro punkt szczepień jest tutaj? – zapytał z uniesioną brwią. Sasori zaczął oddychać w celu uspokojenia się. Wdech i wydech. – A mówisz, że to ja jestem głupi – wzruszył ramionami, a jego kolega  znowu zagryzł wargi by nie wybuchnąć.
Co za debil! Mylić przeszczep z szczepieniem. Naoki patrzył ciekawie na tatę, na jego twarz, która marszczyła się z podenerwowania i na jego ręce, które się mocno zaciskały na sobie. Ujął jego dłoń i zaczął gaworzyć. Ziomku uważaj! Ręce ci dziwnie zaczęły się robić białe… chociaż… nie wydajesz się tym faktem zaskoczony. Ej! Co to za moc? Też tak chcę! Pokaż mi, pokaż!
- Co chcesz? – mruknął do niego.
Z uśmiechem chwycił go za rączki, stawiając na podłodze. Malec pod jego asekuracją, stawiał swoje pokraczne kroki, uśmiechając się do każdego człowieczka. Ja chodzę, ja chodzę tato! Dobra, teraz mnie puść! Puszczaj no! Wydzierał się po swojemu, chcąc się wyrwać z uścisku, wtedy Sasori zarządził koniec spaceru i wziął go na ręce.
- Na co go szczepisz? – zapytał Hidan. Patrząc na wywieszoną na ścianie, tablicę wszystkich możliwych szczepień. Sasori wskazał na jedną, zwalniając go od obowiązku szukania tej choroby.
- Gruźlica.
- Mhm, nie miałem… chyba. Wiem na pewno, że miałem… różyczkę -  wskazał palcem. – odrę i świnkę.
- Miałeś różyczkę i świnkę? – zainteresował się. Przytaknął niedbale, a on nie wiedział co mu powiedzieć. – Wiesz, że to… no… może wywołać bezpłodność…?
- Poważnie?
- No… miałeś może zapalenie jąder czy co…
- Ej! Przystopuj, dobra? Nie rozmawiasz z Deiem, bym ci o swoich jajkach opowiadał! – zawołał w jego stronę, a wszyscy ludzie na nich popatrzyli. Sasori plasnął się w twarz, co za idiota, jaki wstyd, jaki wstyd! – miałem, jak byłem mały – odpowiedział szeptem. Też się zmieszał, bo ten mu się wpieprza w intymność.
- No to…ludzkość może spać spokojnie – uśmiechnął się kpiąco.
- Taa, ja też – odpowiedział mu tym samym. – Teraz mogę sobie jebać rude laski, wcześniej się bałem, bo wiesz…rudy Hidan Junior, wiocha na całego – stwierdził, wzdrygając się.
- Ale nie będziesz miał brzdąca koło siebie.
- Mam Naokiego.
- To ja mam Naokiego – bąknął Sasori. Niech on się odpierdoli od jego dziecka.
- Dobra… więc maMY Naokiego – mruknął, czochrając, usypiającego w ramionach kolegi, dziecka. Już nie miał do niego słów, czy on nie widzi dwuznaczności wypowiedzianego zdania? – Chcesz? – podał mu wyjęty z portfela pasek prezerwatyw. – Albo nie. nie rozmnażaj się już. Drugi raz nie możesz mieć tyle szczęścia i okaleczysz dziecko rudymi genami.
Przewrócił lakonicznie oczami i poszedł z powrotem na ławkę. Nie chciał, aby syn jeszcze spał, lepiej żeby po szczepieniu to zrobił. Włożył mu do ust smoczka, kiedy zaczął marudzić ze zmęczenia. Nakierował go na widok za oknem, piękny pejzaż zimowy go zainteresował, za oknem sypał śnieg, a ludzie się bawili na śniegu. W końcu wychodząca z dzieckiem kobieta, wywołała nazwisko Sasoriego. Kazał zostać Hidanowi na korytarzu i pilnować rzeczy, nie chciał, ale właśnie weszła całkiem niezła laska z jakimś dzieckiem. Naoki musisz wybaczyć wujkowi.
Wszedł do gabinetu i od razu zastał widok bardzo znajomej osoby. Widok, który mu się nie spodobał i był pewien, że reszcie świata też ta morda by się nie spodobała. Fuse Hideo… patrzył na Akasune z pełnym kpiny uśmieszkiem, chyba doskonale wiedział, że na siebie dzisiaj wpadną.
- Pielęgniarz? Awansowałeś? W końcu – mruknął zaczepnie.
- Tak, jakiś koleś się tu ponoć strasznie obija i nieustannie prosi się o wolne, więc go zastępuję.
- Zastępujesz?
- Ta, szefowa chce go ponoć zwolnić – Hideo nie wiedział o kim mowa, ale Sasori domyślał się, że chodzi o niego. Kurwa mać, trzeba się wziąć przy tej jebniętej kobiecie, dwa razy bardziej za robotę. – Masz dziecko? – zapytał, patrząc na chłopca.
- Ta, Naoki.
- Nie masz się czym chwalić – stwierdził beznamiętnie. – nie widziałem niczego brzydszego – zaszydził drwiąco. Sasoriemu się to nie podobało, mógł obrażać jego, ale nie Naokiego.
- Zainwestuj w lustro… chociaż pewnie to marnotrawstwo, skoro mają pękać na twój widok.
- Chyba twój.
- A co? Zapraszasz mnie do siebie? Mama ci pozwoli? – odparł ze standardową obojętną postawą, wkurzała go, już miał otwierać usta, ale mu przerwał. – Dobra, skończ już i zrób mu te szczepienie.
Usadowił synka na łóżku i zdjął mu bluzkę, mały zaczął się trochę denerwować. Całe to otoczenie wywołało w nim niepokój. Jeszcze tata był jakiś taki nieswój… tato, nie podoba mi się tu, jest dziwnie i brzydko! Ten pan też jest brzydki! Gaworzył przez płacz, patrząc podejrzanie na Hideo. Sasori zaczął odwracać jego uwagę od szykującego szczepionkę Hideo, który jeszcze na złość panoszył się z igłą.
- Patrz na zegar Naoki. Wiesz jak robi zegar? Tik tak – zagajał i nawet mu to wychodziło. Chłopiec patrzył na tykającą na tarczy, czerwoną wskazówkę sekundnika i nawet mu się to podobało. - … tak, tik, tak…
- Ti tak – powtórzył za nim, bijąc sobie brawo.
Hideo obmył chłopcu ramię, środkiem dezynfekującym, a Sasori pożyczył z kubeczka patyczki i podał synkowi do zabawy. W pewnej chwili chłopiec poczuł, jak ktoś ujmuje jego ramię, a gdy odwrócił w tym kierunku głowę, ujrzał jak wielka igła wbijała mu się w ramię. Zdezorientowany uniósł wzrok na pana, który był winowajcą tego czynu. Momentalnie ból dotarł do mózgu, a chłopiec zaczął strasznie płakać. To bolało, jak nie wiem co!
- Może go uciszysz? – warknął Hideo.
- Może zajmiesz się pracą? – odpowiedział mu pytaniem na pytanie. Uciszyć, łatwo powiedzieć, skoro mu krzywdę robi. Tato! Dlaczego nic nie robisz?! Dlaczego pozwalasz, aby robił mi ała?! Zrób coś! Ziomek, proszę no! Wrzeszczał Naoki przez płacz. Hideo wyjął z niego igłę i przystawił do ramienia opatrunek, w dociskaniu jednak rolę przejął Sasori.
- Już dobrze Naoki, spokojnie, cichutko – mruknął Sasori, biorąc go w ramiona. Puszczaj mnie głupku! Nie lubię cię! W ogóle mi nie pomogłeś! Puszczaj mnie, puszczaj! Ja chcę do wujka, nie lubię cię, tato! Zostaw mnie! Ryczał i wierzgał się w jego rękach, dlatego wolał go szybko ubrać i opuścić to miejsce.
- W ogóle sobie nie radzisz – skomentował Hideo. – Czemu nie przyszła tu jego matka…? Może cię rzuciła, co? I jak to frajerowi, zostawiła ci gówniarza?
- Zamknij ryja! – warknął i nerwowo złapał go mocno za robocze ubranie. Jednak opamiętał go płacz Naokiego, więc jedynie odepchnął kolegę do tyłu. – Odjeb się od mojego syna, jasne?
- Nie obchodzi mnie twój bachor, a tą blondynkę możesz przysłać do mnie. Szkoda, by się z tobą męczyła.
Nic nie odpowiedział na te zaczepkę, niech żyje w platonicznej miłości do faceta, proszę bardzo. Włożył Naokiemu smoczka do ust i przetarł kciukiem łzy, które się z niego lały. Potem szybko ubrał mu bluzkę i z krającym się sercem, spowodowanym płaczem i odrzuceniem dziecka, wyszedł z pomieszczenia. Zawołał nazwisko następnej osoby i poszedł ubierać chłopca w zimowe ubrania.
- Kurwa, zapomniałem jego karty. Hidan zosta…
- Nie, spoko. Ja pójdę, dogonię was – powiedział szarowłosy.
Tak, jak sądził, Naoki zasypiał mu na rękach cały załzawiony. Musiał iść na szczepienia, nie jest złym tatą, po prostu musiał. Hidan oddał Sasoriemu dokument, ale z powrotem mu nie towarzyszył, musiał coś załatwić.

Następnego dnia postanowił zadzwonić do Sui, aby poprosić ją o pomoc w opiece nad Naokim. Przyznał przed samym sobą, że zrobił to niechętnie. Nie chciał o nic prosić kogoś, kogo nazwisko brzmi Watabe. Chciał zadzwonić do babci, ale ona przecież jest chora. Matsuri mu powiedziała. Koledzy mają szkołę lub własne zajęcia… lub sprawiają wrażenie niepoczytalnych. Dlatego poprosił Sui, ale i tak zamierza załatwić opiekunkę i nie zapoznawać jej z Hidanem. No i studia… w przyszłym roku chyba przejdzie z dziennych na zaoczne, no zobaczy się.  W każdym razie, nie miał nic do Sui i Yoshi’ego, ale trochę się obawiał ich przywiązania do dziecka. Mimo wszystko Sui była siostrą Noriko, a z tego co słyszał, Noriko była dobrą matką… nie potrafił się wyzbyć scenariusza, że niedługo wróci i zechce odebrać dziecko z powrotem, a dowodem mogłaby być nieustanna pomoc.
Teraz przemierzał kilka wejściowych do szpitala schodków, zaczynał pracę za jakiś kwadrans. Powinien ze wszystkim zdążyć. Przebrał się w kantorku i w chwili, gdy miał wychodzić z pomieszczenia, drzwi otworzyły się z zewnętrznej strony, a jego oczom ukazał się Fuse.
- Och, wyglądasz bardzo… korzystnie, gdy coś ci zakrywa twarz – zakpił Sasori, widząc go z opatrunkiem na nosie. Ktoś mu chyba nieźle przylał, powinien się z tym kimś zaprzyjaźnić.
- Daruj sobie, dobra? – warknął w jego stronę i odszedł do swojej szafki.
- Już skończyłeś zmianę? – oby go zwolnili, oby go zwolnili, oby go zwolnili, błagał w myślach.
- Miałem zacząć, ale nie pozwolili mi pracować ze złamanym nosem… możesz podziękować przyjacielowi.
- Komu? – znowu się go czepia, co za człowiek.
Hideo jedynie spojrzał na niego gniewnie, bo jakby nie wiedział. No, ale skoro serio nie wiedział to mu wyjaśnił, że to ten koleś co przyszedł z nim na szczepienie bachora. Ponoć czekał, aż skończy pracę i spuścił mu wpierdol, bo przez niego chłopiec płakał. Hmm… no bywa. Akasuna wzruszył jedynie ramionami i poszedł na oddział, gdzie zaczynał pracę.
Zgodnie z poleceniem szefowej miał się udać do jednego z nastoletnich pacjentów i go przebadać. Niby nic, ale już na początku chłopak nie był do niego mile nastawiony. Nie chciał się witać, ani nic, jednak Sasori miał rozmowę w poważaniu i nawet się cieszył, bo badanie przebiegnie szybciej.
- Masz nieregularne tętno i oddech… pijesz? – zapytał chłopaka.
- Taa, ale regularnie – zakpił sobie. Nie miał w ogóle obiekcji, aby sypać takimi tekstami w stronę lekarza. W dodatku przez te jego śmiałe wywody, nie miał pojęcia czy brać to na poważnie czy olać. Taka informacja jest niezwykle cenna dla jego lekarza prowadzącego.
- A tak na poważnie?
- Poważnie mówię – odparł. Jego lekceważący ton był taki nie do zniesienia. Sasori najbardziej nienawidził, kiedy ludzie nijak nie dawali sobie pomóc i kpili w poważnych sprawach.
- Okej – zaczął i przysunął do niego krzesło, siadając na nim, chwycił do ręki długopis i wziął jego rozpiskę. – tu masz spis swoich danych dla twojego lekarza, więc musisz mi mówić prawdę, kumasz?
- Wyglądam na debila? – no, podobny. Ale oczywiście mu tego nie powie. Przeszedł do rzeczy.
- Mówisz, że pijesz… na serio? Mam to zapisać?
- Gdzieś ty się chował człowieku? Myślisz, że ludzie w moim wieku nie piją?
- Masz piętnaście lat – uzmysłowił mu. W tym wieku nie sprzedają alkoholu. – możesz pić co najwyżej Kubusia z butelki, a nie szklanki – odpowiedział w jego sarkastycznym stylu, a dopiero potem ugryzł się w język. Na cholerę daję się gówniarzowi prowokować…
- Ma pan dziecko?
- Tak
- Syna? - przytaknął. – współczuję mu. Mieć sztywnego starego to obciach. Polecam wyluzować.
- A ja polecam mówić prawdę… więc pijesz, tak? Co jeszcze? Palisz? Ćpasz? – wyliczał kpiąco.
- Pieprzę również – powiedział beznamiętnie. Jak on go irytował. Chyba w ogóle nie zdawał sobie sprawy, jakie znaczenie ma dla niego ten wywiad. Odrzucił kartotekę z powrotem na półkę, nie zamierzał się, aż tak przejmować tym gnojkiem. I tak wykonanie dodatkowych informacji nie było jego obowiązkiem, a uczynkiem z dobrej woli. – skończyliśmy?
- Jeszcze nie – odrzekł. – ściągnij koszulkę, przebadam cię – chłopak posłusznie zdjął koszulkę, ale w momencie, gdy Sasori przyłożył mu do ciała stetoskop, pacjent się wzdrygnął.
- Zimne – burknął, a po dosłownie pięciu sekundach znowu zaczął lamentować. – Tyle się teraz słyszy o lekarzach i tak dalej, więc myślałem, że jak mnie nie zabije ten cały udar to zrobi to szpital, hehe.
- Czasem medycyna jest  bezsilna – odpowiedział mu dokuczliwie. – teraz się ucisz, chcę cię osłuchać.
- Wam to się chyba często zdarza… ta bezsilność – zadrwił sobie. Widać było, że nie bardzo pała sympatią do lekarzy, szpitali i ogólnie tego tematu.
- Wybacz, że ludzie wychodzą od nas żywi – odparł Sasori, tonem swojego pacjenta.
- Nie wszyscy…
W głosie chłopaka można było wyczuć nutę smutku. Dlatego postanowił już go dłużej nie denerwować dyskusją. Ogólnie sprawy prywatne pacjentów nie są poruszane, to działka psychologa. Nawet nie miał by co mu powiedzieć, gdyż każde współczucie dla tak negatywnie nastawionej osoby, mogłoby się wydawać sztuczne.

W święto zmarłych wybrał się na cmentarz z Matsuri, a także swoim synkiem. Chciał skorzystać z okazji i przedstawić Naokiego rodzicom… choć nie żyją, był przekonany, że byliby dumni z bycia dziadkami. Chiyo nadal trzyma choroba, więc nie mogła im towarzyszyć. Jaka szkoda, hehe. Matsuri poprosiła brata, by dał jej potrzymać Naokiego, ale efekt był taki, jak zawsze – wielki płacz. Jak on mógł jej nie lubić? Jest taką fajną ciocią przecież. Najwyraźniej jednak nie dla niego, mały brunet o niebo lepiej czuł się na rękach tatusia, koniecznie na lewej stronie. Całkiem niedawno odkrył to i jest lepiej. Znaczy prawie, jeszcze utrudniającym faktem jest to, że mały nie chce smoczka. Więc, jak mały ryczy to bez żadnych przeszkód… ale na szczęście nie zdarza mu się to często, nawet w nocy! To pewnie zasługa tej zabawki, którą dała mu Sui. Stojąc nad nagrobkami rodziców trochę posmutniał, chciał ujrzeć ich reakcje na wieść o tym, że zostali dziadkami, ale niestety, życie bywa brutalne.
- Naoki, tutaj spoczywają twoja babcia i dziadek – zaczął go instruować, wskazując na nagrobki. – na pewno, by się ucieszyli na wieść o posiadaniu takiego ładnego wnuka, wiesz? - … okeeeej, ale gdzie są babcia i dziadek? To te kamienie? Rany boskie, zwariowałeś tato? Daj czoło, sprawdzę czy nie masz gorączki, pomyślał chłopiec i zaczął macać twarz rodziciela.
- Z brzydkiego też by się ucieszyli. Nie wychowuj go na takiego narcyza, jak ty – burknęła Matsuri, zakładając ręce na piersiach.
- Ode mnie nie mieliby okazji na takich patrzeć – mruknął Sasori, odrywając od twarzy rączki syna, no kurde no! Co on się tak przyssał? – ale ty możesz sprawdzić. Masz predyspozycje – dodał złośliwie.
- Bardzo zabawne – oburzyła się.
- Bababababa – wypowiedział się Naoki. Praktycznie pierwszy raz, zwrócił się do kogoś konkretnego. Prawie. Jednak bardziej chodziło o to, dlaczego akurat Chiyo, no! Nie żeby coś, ale z powiedzeniem tata, jakoś się nie kwapi, a to powinno być dla niego priorytetem, a został zdradzony… na rzecz tej staruchy.
- Babcia Chiyo jest w domu… wykańcza się – Sasori uśmiechnął się do siebie.
- Tryskasz dzisiaj jakimś czarnym humorem – stwierdziła Matsuri.
Wzruszył jedynie ramionami z rozbawieniem. Następnie już kierował swoje słowa do rodziców. W takim okresie jaki teraz przeżywa chciałby mieć ich koło siebie. Opowiedział im całą swoją historie, odkąd pojawił się Naoki i o tym co czuje, jakie ma obawy… dlatego kazał im jakieś moce zesłać, aby Hidan się znudził i się odwalił od jego dziecka. Wykorzystuje go do swoich głupich celów. Wierzył, że oni go słyszą, albo są obok i patrzą na niego jako niematerialne istoty, dopingują go i dają siłę do wytrwałości. Naoki patrzył na swojego tatę, potem na nagrobki. Nie rozumiał dlaczego rozmawia z jakimiś kamiennymi płytami. Zaśmiał się wesoło, rany, ale krejzol! Co on bierze i  czemu się nie dzieli?
Po kilku minutach, spędzenia czasu na cmentarzu, wrócili do domu. Tam gdzie rodzeństwo od małego się wychowywało. Od razu w progu, przywitał ich pies. Naoki bardzo się ucieszył na jego widok, przytulił się do zwierzęcia całym sobą, ale i tak to ono zwaliło go z nóg. Jednak za lizanie dziecka po twarzy, został zbesztany przez Sasoriego, taki maluch jest zbytnio podatny na zarazki, które mógł przenosić ze sobą zwierzak.
- Wezmę go do pokoju, dobra? – zadeklarowała się Matsuri i natychmiast ujęła drobne rączki bratanka, aby ten mógł samodzielnie stawiać swoje pokraczne kroki. – Idź do babci.
- Co? Dlaczego ja?
- Jesteś starszy, poświęcisz się w imię większego dobra! Ja nie mam nerwów, by się nią zajmować. No i ty jesteś lekarzem. Twoim obowiązkiem jest udzielanie pomocy.
- Wrabiasz własnego brata? – bąknął, dziewczyna posłała mu sztuczny, przepraszający uśmiech i zniknęła w swoim pokoju. – Zołza – westchnął ciężko i wszedł do pokoju chorej babci. – Dobry… - zaczął i wszedł do środka. Zastał staruszkę leżącą pod kocem na nierozłożonej wersalce. Chyba spała… nie. – babciu nie udawaj, jak śpisz to chrapiesz, jak niedźwiedź – oznajmił, ale się nie poruszyła. Nie da się tym razem nabrać, o nie! – dobra jak wolisz być trupem, to sobie bądź… aby nie będziesz gadać – stwierdził z zadowoleniem.
Zaczął opowiadać babci o swoich problemach, nawet taka jednostronna rozmowa dobrze na niego wpływała. Ledwo miesiąc szkoły minął, a ten już w wielu kwestiach nie nadąża. Rok temu było znacznie łatwiej, a teraz niemal dzień w dzień jest nieprzygotowany. Niedawno oblał pierwsze kolokwium, trochę go ta kwestia załamuje. Wolał być ze wszystkiego najlepszy. W następnej chwili, ktoś zapukał do drzwi, ociężale ruszył swoje cztery litery. Za drzwiami był listonosz z całkiem miłą przesyłką. Sasori uśmiechnął się do siebie, podpisał za babcie papiery. Listonosz go znał z widzenia, więc nie potrzebował jego dowodu tożsamości.
- Jak na studiach?
- Ciężko – odrzekł z teatralną męką.
- Taa. Picie, jaracie i uprawiacie seks – stwierdził z uśmiechem.
- Może inni. Ja jestem na medycynie – listonosz gwizdnął.
- Ach… no to wy się serio uczycie.
Jego kierunek wiąże się jedynie z nauką, żadnymi imprezami. Jest w tym prawda, ale jemu pasuje. Wystarczą mu spotkania z Akatsuki. To przecież bardzo dużo. Wrócił do pokoju, babcia leżała jak leży. Nie dał się nabrać, zaraz postawi ją na nogi.
- Babcia, renta przyszła – ogłosił, lustrując czujnie jej mimikę. Nic. – jak nie chcesz, to konfiskuje – powiedział, to nie były jakieś drobniaki, to nawet więcej niż jego teraźniejsze zarobki, chyba nie chce ich stracić. Trochę  zastygła atmosfera, ale to nic, włożył pieniądze do swojej kieszeni, a wtedy coś upadło i roztrzaskało się na podłodze.
Odwrócił się do komody i spojrzał na dół, okazało się, że pękła ramka na zdjęcie, i szybka w niej roztrzaskała się na setki kawałeczków. Ukucnął i podniósł z ziemi fotografię, na której był on z babcią. Heh, ciekawe, co to ma niby wróżyć… może babcia serio umarła, a jej duch chodzi po domu i teraz zwaliła własne zdjęcie z nim. Pewnie nie podobało jej się, że wnuk pożycza od niej pieniądze… tak, pożycza, dobrze czytacie (xD). Nagle i niezwykle ostro ktoś go złapał za ramię.
- Kurwa… babcia! – zawołał wściekle. Przestraszył się, serce mu skaczę, jak pierdolnięte. – Jebło cię starucho bez krzty sumienia… - podniósł się ostro do staruszki. To nie jest zabawne. Jeszcze ma na sobie białą koszule nocną, jak na niejednych horrorach.
- Oddawaj pieniądze – wyciągnęła do niego rękę.
- Masz – burknął oddając jej pieniądze. Nie liczyła, w tej kwestii dałaby sobie rękę uciąć, bo Sasori nie kradnie, a jak kradł, w co wątpi, to nie ją.
- Posprzątaj to – nakazała władczym tonem i wróciła pod koc.
- I co jeszcze? – sarknął. Nie jego dom, nie jego pokój, sama powinna wstać z kanapy, jak przed chwilą i sobie posprzątać.
- Herbatki mi zrób – odpowiedziała z zadowoleniem.
Może i się unosił, może i patrzył na te rozkazy z politowaniem, ale je wykonał. W czasie parzenia herbaty poszedł do siostry sprawdzić co z synkiem, ale ten zasnął na łóżku Matsuri, był wtulony w sierść psa, któremu bynajmniej to nie pasowało. On też zasnął, a Matsuri czytała jakąś książkę. Także wrócił do babci z kubkiem herbaty. Chwile pogadali, do jego problemów powiedziała tylko „a nie mówiłam” skoro taka miała być jej reakcja to wolał odpuścić ten temat.
- Może ci coś przeczytam – zaproponował, oglądając się po biblioteczce. – moi pacjenci w szpitalu… ci starsi, lubią takie rzeczy.
- Ja nie. jak będę chciała czytać. Kupię okulary i będę.
- Póki co, nie masz okularów… zobaczmy… coś w twoich klimatach – zastanawiał się na głos. – może „Procesja śmierci” albo „W stronę światła” – sypał jednoznacznymi tytułami.



OD AUTORKI
JA... PIERNICZĘ... rozdział pisany raz z weną, raz nie, więc no porażka... naprawdę, przechodzę kryzys twórczy, znaczy pisarski - ma.sa.kra.  Dlatego też nie ma kolejnej daty, znaczy najwcześniej notka będzie za tydzień :) a jak nie, to dodam coś na dniach, wybaczcie, ale nie będę tu publikować gówna, chcę być z notek zadowolona :D a więc proszę o duchowe wsparcie, bym napisała coś co nie śmierdzi nudą xD
Dziękuję oczywiście za komentarza, za obserwowanie i za czytanie ;D jesteście The Best :D
Pozdrawiam gorąco :* :)