8 lut 2014

ROZDZIAŁ 12.


- Cholera, Itachi, co jest niby ważniejsze, niż przygotowanie obiadu?! – zawołała ciągnięta do salonu przez syna, Mikoto. Nie było mu żal jej odciągać, przygotowywała coś niedobrego co odzwierciedla jej charakter dzisiejszego dnia. Będąc na miejscu zobaczyła Deidarę, a potem Sasoriego i leżące na jej sofie jakieś maleństwo, którego widok ją rozczulił, a także zszokował. – Ojej, a kim jest ten śliczny szkrab? – zbliżyła się do dziecka, a jej głos przepełniała słodycz.
- To… to mój synek, Naoki – przedstawił go Sasori, a malec z piąstką w buzi i rozczulającym uśmiechem przewrócił się na brzuch. Mikoto wytrzeszczyła oczy.
- Słucham?! Jak… kiedy to się stało?! – Itachi plasnął się w czoło, jak mama mogła zadać takie głupie pytanie? Przecież wie, jak się to robi… Dei uśmiechnął się krzywo na to źle ułożone pytanie. Teraz wie, dlaczego wyszła za kogoś z nazwiskiem Uchiha, jest zwyczajnie głupia. Czasami.
- No ten… wie pani… w nocy… chyba… - zmieszał się Sasori, nabierając rumieńców na twarzy. No co miał jej odpowiedzieć? Itachi kolejny raz plasnął się w czoło.
- Otaczają mnie kretyni… - szepnął sam do siebie, a następnie postąpił krok do przodu i postanowił się wtrącić. – Mamo, co to za pytanie? Weź – kobieta spojrzała zdezorientowana na syna, a chwilę potem doszło do niej, jak mogli odebrać to pytanie.
- Zboczeńcy! Nie chodzi mi o poczęcie! – warknęła oburzona. – Nie wiedziałam, że Sasori ma dziecko! Dlaczego dowiaduję się o tym po… ile on ma?
- Dziewięć miesięcy, ale…
- Po dziewięciu miesiącach! – przerwała czerwonowłosemu.
- Dopiero dzisiaj dowiedziałem się o jego istnieniu… - zaczął Sasori, choć nie bardzo wiedział po co ma się jej spowiadać, no ale musi mu przecież pomóc. – Moja była mnie rano odwiedziła i powiadomiła,  że jestem tatą – spojrzał na Naokiego, który patrzył z uśmiechem na niewzruszonego tym Deidarę. – chciała go oddać do adopcji, ale nie mogłem na to pozwolić – pomógł małemu usiąść.
- Wiesz… - wtrącił Itachi. – w listopadzie, jak byliśmy na grobach – wspomniał matce. – spotkaliśmy ją z Shee. Była przy nagrobkach twoich rodziców i… no, była już w ciąży.
- Co?! – zawołał Sasori, wstając ostro na równe nogi. – Czemu mi nie powiedziałeś?!
- Wyluzuj. Nie miałem nic złego na myśli… - tłumaczył, uspokajając go gestem uniesionych lekko rąk. – nie sądziłem, że to może być twoje dziecko… no i za dobrze kłamała.
- Ludzie, za przeproszeniem, ale ja pierdole! – wtrącił Deidara do rozmowy. – Saso nie wiesz czy to twój bachor, wybacz, ale szczerze wątpię w to, aby nim był. Nie napalaj się tak, dobra? Bo potem dostaniesz niezłego zawodu – zakończył, nie chciał mu zrobić na złość, kierowała nim jedynie troska.
Akasuna się trochę zmieszał, wiedział, że przyjaciel ma racje, ale widok malucha tak rozczulił jego serce, że po prostu wierzył w ich pokrewieństwo. Mikoto odchrząknęła zwracając na siebie ich uwagę i dopiero teraz jej wytłumaczyli jaką ma spełnić role, będąc w to wszystko wtajemniczona. Ucieszyła ją ta prośba, bardzo dobrze wspominała macierzyństwo, natychmiast ukucnęła przed Naokim i pierwsze co miała zamiar zrobić to go przewinąć. Nakazała swojemu synowi pójść po pieluszki dla dziecka do pobliskiego sklepu. Wolał z nią nie dyskutować tylko od razu wykonał polecenie.
W międzyczasie Mikoto powiedziała Sasoriemu wszystko, co jest potrzebne dziecku. Opisała zachowania, które są normalne dla dziecka. Jednak Naoki był bardzo grzeczny, w końcu od pół godziny ma nasrane w pieluszce, a nie pada w wir wycia i ryku.
- Mmmm... aaa... eh, eheh, eheheh – rozpłakał się malec i zaczął szukać wzrokiem swojej mamy. Sasori skrzywił się, domyślał się kogo tak bezczynnie szuka, wolał mu wybić z pamięci tą osobę i wspomnienia z nią.
- Nie ma mamy, ale jest tu tata – oświadczył z uśmiechem.
- Ehe, ehe, ehe – zawył rozpaczliwie, robiąc bardzo grymaszącą minę. Ten widok wywołał parsknięcie śmiechem u blondyna. Spojrzeli na niego z uniesioną brwią.
- Śmieszna mina – wytłumaczył. No kurde, co miał zrobić? Rozpłakać się? Wtedy spojrzeliby na niego poważnie? Okazali zrozumienie? Otóż nie.
Przewrócili oczami i wrócili do wykonywania zajęć przy dziecku. Musieli poczekać, aż wróci Itachi z suchym zamiennikiem majtek. W międzyczasie Mikoto powiedziała, co Sasori potrzebuje zakupić dla dziecka, tłumaczyła mu wszystkie rodzaje jedzenia… to było przydatne, bo nie sądził, że odżywianie dziecka jest takie skomplikowane. Pani Uchiha jeszcze skorzystała z okazji i zapytała Sasoriego o poradę, gdyż jej młodszy syn narzeka na częste bóle głowy od tamtego wypadku. Wypisali go wcześniej ze szpitala, bo nie chciał tam zostać. Naturalnie, doradził im, aby odbębnił w szpitalu kontrole, jakieś dwa tygodnie.
- Jestem – zawołał Itachi i wszedł do pokoju, podając matce paczkę zakupionych pampersów. – w sklepie dziwnie się do mnie uśmiechali – dodał z rozbawieniem.
- Pewnie sądzili, że ci się przydadzą – sarknął Deidara, a brunet zmierzył go wzrokiem.
- Masz, wyrzuć to – podała Mikoto, Itachiemu. Skrzywił się, biorąc do rąk śmierdzący pakunek.
- Deidara, przydaj się na coś i wyrzuć to na śmieci.
- Dl… dobra – zgodził się, trzymając owinięte gówno jak najdalej od siebie.
Wyszedł w stronę kuchni, oczywiste, że normalnie by się na to nie zgodził, ale akurat szedł tam Sasuke, a przecież nie może zostawić go bez żadnej nauczki na przyszłość. Nie zapomniał mu tych głupich odzywek na początku. Wszedł do pomieszczenia i od razu podszedł do grzebiącego w lodówce i niczego nieświadomego chłopaku. Nagłym ruchem szarpnął go w tył i popchnął o ścianę po jego prawej.
- Zostaw mnie, durniu! – warknął w jego stronę.
- Durniu? Widzę, że bez widowni nie jesteś taki zabawny – stwierdził, gromiąc go wzrokiem.
- Nie muszę mieć widowni, przy żartach z ciebie nie trzeba się wysilać – powiedział, chcąc być fajnym. Deidara złapał go mocno za bluzę i podciągnął do góry.
- Słuchaj wieśniaku, są takie granice, które nawet z paszportem nie wolno przekraczać – syknął, a Sasuke przełknął głośno ślinę. – rada na przyszłość: nie podpieprzaj się do silniejszych – poluzował uścisk, a chłopak ześlizgnął się po ścianie na podłogę. Cofnął się do tyłu, aż dotarł do lady, na której pozostawił wcześniej cuchnącego śmiecia. Sasuke wstał wtedy na równe nogi. Idealnie. – twój brat poprosił mnie bym to wyrzucił NA śmieci, a więc łap!
Rzucił w niego pieluchą, którą bardzo ładnie złapał, ale oczywiście cała ta rzadka, brązowa maź, rozprysła się na jego rękach i bluzce. Skrzywił się wymownie i rozglądnął się po pokoju, ale oprawcy tego czynu już przy nim nie było, jęknął głośno i rozpaczliwie.
W salonie wszyscy spojrzeli w kierunku drzwi, gdzie najwyraźniej słychać było ten krzyk. Mikoto wolała nie wnikać co znowu się dzieję jej synkowi, pewnie znowu nadto dramatyzuje. Wróciła do rozmowy z Akasuną, trzymając jego pociechę na kolanach. Itachi natomiast spojrzał wymownie na głupio uśmiechającego się Deidarę. Szepnął do niego.
- Co zrobiłeś?
- Wyrzuciłem pieluchę na śmiecia – uraczył go odpowiedzią. Debil, nie ogarnął jak dosłownie odebrał to polecenie, hehe. Po chwili zobaczyli, przez próg drzwi, jak Sasuke, cały umazany gównem, wychodzi na schody. Blondyn zaśmiał się szyderczo, ale jeszcze nie raz się z nim policzy.
Chwile później, Mikoto postanowiła udać się  z Sasorim na takie pierwsze większe zakupy dla dziecka. Potem będzie wiedział jak sobie radzić sam. Tak naprawdę to cieszyła się, że zdecydował się poprosić akurat ją o pomoc. Deidara pojechał już do domu, uprzedzając Saso, że do niego zadzwoni.

Wieczorem w domu Akasuny trwały przygotowania do kąpieli dziecka. Denerwował się, wiadomo, że go nie utopi, ale to pierwszy raz kiedy kąpie takie małe dziecko. Jednak jakoś mu szło, był cały czas przy nim i było nawet zabawnie, trochę się pochlapali… znaczy to on go chlapał, odwrotnie nie mogło być, bo zaczynał się złościć. Pomyślał, że musi mu kupić jakieś zabawki do kąpieli, zresztą dużo rzeczy musi teraz kupić. Całą „graciarnie” mu urządzić, jako pokój, ech wydatki…
- Kurwa… - szepnął sam do siebie. – Naoki, jutro pojedziemy do prababci, dobra? – zapytał, ale odmowa i tak by nic nie dała. Chłopiec jednak go nie słuchał, odbijające w wodzie światło było ciekawsze. – Więc, wiesz… uśmiechnij się do niej ładnie, żeby sypnęła kasą… - oczywiście nie żartował przecież to ona trzyma pieczę nad pieniędzmi jego rodziców. – Jest tam też piesek.
- Hau, hau? – upewnił się po swojemu, co wywołało u czerwonowłosego uśmiech.
- Tak, hau-hau. Ale najpierw musisz umyć głowę.
No i się zaczęło… płacz, wrzask i plaskanie wodą. Zgłupiał, przecież nic mu nie robi, a zachowuje się, jakby go ze skóry obdzierano… pilnował, żeby mu żaden płyn się nie dostał do oczu, więc to na bank nie o to chodzi. Widocznie po prostu nie lubi się kąpać. Mały śmierdziel, heh.
Po odbyciu tych tortur, które nie wiadomo dla kogo były gorsze, usadowił go na dywanie w salonie, gdzie bawił się ze swoimi pluszowymi przyjaciółmi i oglądał jakąś kreskówkę w telewizji. Jednak w dalszym ciągu miał na niego oko, dobrze że w tej kuchni ma to okienko na salon, mógł w pewnym stopniu, w spokoju zająć się, gotowaniem dla niego mleka. To było nawet proste, usiadł sobie na kanapie i zabrał z dywanu syna.
- Chodź, mistrzu – mruknął, usadawiając małego na swoich kolanach. – Będziemy teraz jeść.
- Y – stęknął zaciskając mocno usta. Nie był głodny albo się z nim droczył.
- Otwórz buzię – nakazał delikatnie, ale ten nadal się wiercił i odpychał od siebie butelkę. – Naoki – jęknął pretensjonalnie. – weź zjedz i dam ci spokój – na chwilę, dopowiedział sobie w myślach. Jednak jego wypowiedzi nie robiły na nim żadnego wrażenia, wolał oglądać ruszające się obrazki w telewizorze. – Nawet nie wiesz jakie to dobre – zagadał i wziął sobie łyka z buteleczki, a potem szybko od siebie odsunął. – cholera, gorące – Naoki się zaśmiał z jego reakcji, no bo to było śmieszne. Zmrużył na niego oczy. – Bardzo śmieszne.. – ale w sumie cieszył się, że jednak nie spróbował i się przy okazji nie oparzył. Byłby ryk. Usadowił dziecko pomiędzy swoimi nogami przodem do telewizora. Poczeka, aż mleko się ochłodzi.
- E! – zawołał chłopiec, wskazując na leżącego na ziemi miśka. Sasori podszedł tam i go podniósł,, po chwili na powrót siadając za nim na kanapie.
- Masz.
Bardzo mocno ściskał do siebie pluszaka, co wyglądało bardzo uroczo. Co jakiś czas, Naoki zaczepiał mężczyznę, pokazując że w bajce dzieje się coś interesującego i powinien to zobaczyć. Uśmiechnął się do siebie, fajnie mieć takiego małego współlokatora. Po kilku minutach ponownie złapał za butelkę mleka i przekierował ją do buzi syna. Pozycja, w której teraz się znajdował bardziej mu odpowiadała, dlatego już dostosował się do tego, aby pić mleko.
Po jakiejś półgodzinie, zabrał mu butelkę, chłopiec wypił całą, a on nawet nie zauważył kiedy, bo maluch smacznie zasnął, będąc oparty o brzuch taty. Heh, to było proste. Jak wszyscy mogą narzekać i wątpić w to, że sobie nie poradzi. Radzi sobie, ma wszystko pod kontrolą, chociaż… zgadza się jedynie to kompletne wyczerpanie. Ale był zmęczony jedynie wydarzeniami z tego dnia, jutro będzie lepiej. Oby babcia zgodziła się nim zająć, gdy będzie w pracy. Położył go w swoim łóżku, nie ma dobrze przystosowanego dziecięcego kojca, więc woli go mieć blisko siebie. Na wszelki wypadek. Udał się do łazienki, wziąć szybki prysznic i dokonać wszelkich innych czynności, aby móc wyglądać, jak człowiek. Potem powrócił do pokoju i położył się przy małym, jednak nie zasnął, przynajmniej nie od razu.
Pogrążył się w swoich własnych myślach, obserwując podnoszącą się i opadającą, w skutek oddychania, klatkę piersiową syna. Nadal nie pojmował zachowania Noriko, jak mogła go nie chcieć.. jakby nie zaoferował jej żadnej pomocy to jeszcze, jeszcze mógłby wybaczyć, ale postępując tak, jak teraz.. nie no, kurwa, co to było? Gniew mu w ogóle nie przeszedł i nie zapowiada się, by miał ustąpić.

Wyciągał z samochodu dzieciaka. Cała dzisiejsza noc i cały poranek był najgorszym w jego życiu… ciągle ryczał, ciągle wołał matkę. Wściec się szło. Na szczęście podróż samochodem bardzo go uspokoiła i mógł się skoncentrować na jeździe, co jakiś czas musiał mu przytakiwać, gdy się zachwycał mijanymi krajobrazami. W buzi żuł sobie smoczka, będąc ciekawym, gdzie go tata prowadzi. On sam był już ostro podenerwowany na myśl, co zaraz zrobi. Westchnął ciężko i wszedł do swojego starego domu. Nie trzeba było długo czekać, a pies już leciał przywitać się z gośćmi. Widok Sasoriego go niezmiernie uradował, a zaciekawił go także osoba, którą miał na rękach.
- Hau! – zaszczekał, stojąc oparty o ciało czerwono włosego, by zapoznać się z tym kimś. Co to może być? Jedzenie? Fajnie, bo jest głodny. Polizał rączkę dziecka.
- Hej, odsuń się – pogonił psa, najpierw wolał się ściągnąć, znaczy buty. Potem ukucnął przed psem z dzieckiem przed sobą, którego asekurował, nie potrafił jeszcze poprawnie utrzymywać równowagi. – Naoki, to jest Mao, piesek cioci Matsuri. Chcesz go pogłaskać? – wyciągnął rękę do siedzącego psiaka i pogłaskał go po głowie, następnie zachęcił go do powtórzenia ruchu. Gdy to zrobił, został pochwalony przez tatę z czego się ucieszył tak bardzo, że sam sobie bił brawo. – świetnie synku.
- Ekhm – chrząknęła staruszka, która ni stąd ni zowąd, pojawiła się u progu drzwi po prawej wnuka. Spojrzał w jej stronę i jak gdyby nigdy nic podniósł się do pionu z dzieckiem na rękach.
- Och, Naoki. Poznaj postrach rodziny, nieśmiertelną babcię Chiyo – uśmiechnął się kpiąco do staruszki, a potem ukazał jej pełny profil swojego syna, który uśmiechnął się przez ściskany w usta smoczek.
- Szanuj starszych smarkaczu – bąknęła do niego. Szanował przecież… tylko jest różnica między starszym a starym. – Kim jest ten młodzieniec?
Przeszedł z nim do salonu, ale musiał usiąść na podłodze, gdyż chłopiec chciał się bawić z pieskiem, a wiadomo, musiał go pilnować. Wziął leżącą na stole piłkę i rzucał lekko psu, aby aportował. Z tego niezmiernie cieszył się Naoki, ale był za mały, aby sam to robić, bo zbyt celnie i mocno nie rzucał, a i Mao był zbyt duży, jeszcze by z tej uciechy przewrócił malca.
Sasori wyjaśniał w tym czasie wszystko babci, jak to się stało, że ma syna. Okazało się, że babcia to wszystko podejrzewała, ale sądziła, że wnuk potrafi się zabezpieczać. Zawiodła się. Przemilczał tą jej zgryźliwość., bo to Chiyo, ona musiała powiedzieć coś, przez co fajnie by było gdyby umarła.
- Zrobiłeś testy DNA?
- Nie… - odpowiedział Sasori, na co prychnęła żałośnie. Co za naiwny chłopak… dziecko wychowuje dziecko, jakich to ona czasów dożyła… - ale zrobię je.
- Oby jak najszybciej. Co zrobisz jak się nie okaże twoim synem? – zamilkł chwilę, jest pewien, że to jego dziecko, nie pomyślał, że jest jakaś inna opcja.
- No…wtedy go oddam…? – bardziej zapytał, niż odpowiedział. – Może wychowie, nie wiem, babciu
- Oddaj go teraz – powiedziała stanowczo. – w tej i tej opcji będzie ci przeszkadzał, masz pracę, szkołę, przyjaciół, młodość. Jak zamierzasz to pogodzić?
- Dam radę, nie zamierzam oddać własnego syna do jakiejś rodziny zastępczej – odparł, przekonany o swojej decyzji. – nie wiem, jak mogłaś to powiedzieć, babciu. Postępuje dobrze, odpowiedzialne, a wszyscy chcą mnie pouczać czy wyperswadować tą decyzje.
- Pochwalałabym twój czyn gdybyś był starszy. Za dużo na siebie bierzesz, możesz sobie robić problemy w swoim życiu, ale co jak swoją frustrację  przeniesiesz na dzieciaka? Zastanowiłeś się nad tym?
- Nie będę taki – stwierdził pewny swoich słów. Chiyo westchnęła, nie to, że nie wierzyła w dobre intencje wnuka, ale jest… no... to jeszcze gówniarz po prostu. - mogę na ciebie liczyć, no nie?
- Powinnam już umrzeć – westchnęła kolejny raz.
- Nie gadaj – burknął, kiedy jest potrzebna to o umieraniu myśli, co za baba. – mam jeszcze dwie prośby… niedługo idę do pracy, postaram się zdobyć wolne, a nie mam go z kim zostawić.
- Sasori, załatw sobie opiekę. Ja jestem za stara na zabawy z dzieckiem – spojrzał na nią spode łba, stara, a tak naprawdę to wszystkiego może dokonać. Jednak milczał, już o nic jej nie chce prosić, skoro ma takie… pełne łaski nastawienie.
- Po drugie, potrzebuję pieniędzy dla niego – wskazał na pociechę i ponownie rzucił piłką, gdzieś w dal, za którą natychmiast pobiegł pies. Gdy wracał, chłopczyk zawsze mu klaskał wesoło, tym razem też tak było, ale nie przyniósł zabawki. Najwidoczniej nie znalazł. – no to koniec zabawy – stwierdził, ale Naokiemu ta decyzja się nie spodobała, wyciągnął z buzi smoczek i wyrzucił w dal przedmiot, jak to tata robił z piłeczką. – Nie! – wrzasnął jednak za późno. – Mao, zostaw to! – to nic nie dało, pies zagryzł w usta smoczka i przyniósł go prawowitemu właścicielowi.
- Dobra i lepiej kup za pieniądze nowego smoczka, bo będzie wam ciężko – zastrzegła Chiyo.
- Powiedz mi coś czego nie wiem…
Odeszła do kuchni zrobić herbatę dla wnuka i prawnuka, w specjalnej buteleczce, a ich zostawiła samych sobie. Mao ułożył się na podłodze przed chłopakami i czekał niecierpliwie, aż zaczną go głaskać. Naoki poczłapał na czworakach bliżej zwierzęcia i przytulił je do siebie, ten gest poruszył Akasunę, jakież rozkoszne dziecko. Po kilku minutach, do domu wróciła Matsuri z przyjaciółką, sądząc po dodatkowym głosie.
- Babciu! My z Hanabi pójdziemy na górę się ucz… - urwała, gdy zajrzała do salonu i zobaczyła brata z usypiającym na jego kolanach dzieckiem. – yć…? Cześć, Saso.
- Hej – przywitał się krótko.
- A kim jest ten niemowlak? – zapytała zbliżając się do dziecka, który na widok nowej twarzy się rozbudził, ale też zaczął mocno płakać. Strącił z ust butelkę z piciem, którą podawał mu tata. Nie chciał pić, chciał żeby ta pani sobie poszła, było mu tak fajnie. Dwie nowe postacie jeszcze spoko, ale trzy to już tłum! Dziewczyna cofnęła się oburzona tą reakcją. Proszę, przecież między Saso, a nią… z nich dwóch to on wygląda groźniej. Jego się powinien bać!
- Cholera, Mats. Przestraszyłaś go – bąknął Sasori, obracając syna przodem do siebie. – już dobrze, wiemy jak wygląda, ale trochę za ostro zareagowałeś – uśmiechnął się dokuczliwie do siostry.
- Zamknij się z łaski swojej – fuknęła do brata. Nie mogła nic mu powiedzieć w kwestii wyglądu, bo niestety ma ładnego brata, oh god why? – ty i dziecko? Czyżbyś uczynił mnie ciocią? – zaśmiała się.
- Bingo – wstał z siedzenia i zaczął krążyć po pokoju z wciąż szlochającym mu synem na rękach.
- Zabawne – mruknęła po chwili. – a tak poważnie, kto to jest?
- Naoki Akasuna, twój bratanek – oznajmił twardo, aby go w końcu zrozumiała.
- Jeju – burknęła zirytowana. – nie baw się w kotka i myszkę tylko powiedz kto to!
- Powiedziałem.
- Babciu! Babciu Chiyo! – wołała tonem, jakby miała zaraz na niego naskarżyć. Przewrócił oczami, a chłopiec jękami wybłagał podejście do pieska, który obwąchiwał nowego gościa w domu. Białooką szatynkę, koleżankę Matsuri.
- Czego wrzeszczysz? Ja przy was obojgu się wykończę – bąknęła kobieta.
- Babciu, kim jest ten chłopiec w rękach Saso? Bo mi mówi, że to jego dziecko – naburmuszyła się, a i potwierdzenie staruszki ją nawet nie przekonała, była pewna, że robią sobie z niej jaja… bo przecież, brat chyba jeszcze tego nie robił. Jak się go pytała parę miesięcy temu, jak się to robi, odpowiedział, że nie wie… nawet nie potrafił jej wytłumaczyć co to jest orgazm. W każdym razie, nie chce być ciocią… nie teraz, nie mógł jej zapytać o zdanie…? - Ej, ale przecież nie masz dziewczyny.
- Potem ci babcia wszystko opowie – stwierdził Sasori i zerknął na założony na lewej ręce zegarek. – wychodzę do pracy, zostawiam wam go. Naoki, wrócę wieczorem – powiedział do dziecka i oddał go na ręce babci. Brunet patrzył ciekawie na swojego tatę.
Kiedy drzwi się zamknęły, a z pola widzenia malucha, zniknęła osoba,  z którą już zdążył stworzyć jako tako więź, zaczął głośno płakać i uparcie wierzgać się w rękach staruszki, aż w końcu usadowiła tego nicponia na dywanie. W dalszym ciągu się wydzierał rozpaczliwie i raczkującym krokiem, podążał w kierunku drzwi wejściowych, za którymi zniknął jego czerwonowłosy kumpel. Nie rozumiał co się właśnie stało, dlaczego go tu zostawił, piesek był spoko, ale ej… jak on mógł… nigdy mu tego nie wybaczy. Chyba, że zaraz wróci. Matsuri wzięła bratanka na ręce i zdecydowała się nim zająć wraz z przyjaciółką. Zabawa z dzieckiem była lepsza od nauki, no i nie chciała, aby chłopiec się jej bał.

W pracy starał się skupiać na wykonywanych zadaniach, które właściwie były bardzo proste, gdyż miał za zadanie przeprowadzać z pacjentami rutynowe badanie, takie jak sprawdzenie ciśnienia, wzrostu, wagi i tym podobnych. Jednak zostawienie dziecka zaprzątało mu cały czas głowę, kiedy wychodził do samochodu z domu usłyszał rozpaczliwy ryk, chciał zawrócić i jednak zostawić wszystko w cholerę by się nim zająć, ale to też by było wysoce nieodpowiedzialne.
- Waga, siedemdziesiąt trzy kilogramy – odczytał z urządzenia i nakazał pacjentowi ubrać buty. Spojrzał przez okno, na dworze zapadał już zmrok, ciekawił go, jak sobie radzą. Znaczy babcia i siostra no to  tam mogą sobie zajść załamanie nerwowe, ale nie Naoki. Prawie dwa dni się znają, a on odczuwa nieodpartą potrzebę opieki nad nim.
- Doktorku..! – zawołał do niego, jego siedemnastoletni pacjent.
- Ach… tak. Przepraszam – rzekł ze skruchą, apotem wyciągnął notes, na którym miał napisać informacje. Zastygł chwilę, krzywiąc się w grymasie. – Ile to było…? – zapytał zakłopotany własną niekompetencją. – Mógłbyś jeszcze raz?  - pacjent westchnął ciężko. Nie żeby coś, ale w jego stanie częste pochylanie się, jak teraz by ściągnąć buty, było bardzo męczącym czynem.
- Panie Akasuna – zawołał dominujący kobiecy głos z boku. Przełknął głośno ślinę, wiedział kim jest owa kobieta. Na jej widok drżał każdy z jej podwładnych. – pozwoli pan na moment.
- Oczywiście… niech pan zaczeka.
- Spoko… powodzenia – poprawka, nie tylko podwładni drżeli. Sasori uśmiechnął się dziękczynnie i ruszył na korytarz, gdzie czekała na niego szefowa, domyślał się, że była świadkiem jego zapomnienia się, a na bank nie będzie mu z tego powodu gratulować i nie da mu premii…
- Panie Akasuna, myślę że zdaje pan sobie sprawę, że to szpital, a nie jakaś biblioteka. Tutaj nie kontemplujemy nad życiem prywatnym, ani nic w tym stylu, więc radzę skupić się na wykonywanej pracy.
- Tak, przepraszam. Poprawę się.
- Mam nadzieję – stwierdziła typowym, oschłym tonem i zamierzała się oddalić, ale Sasori chciał skorzystać z okazji i wypytać ją o jakieś wolne. Wiedział, że w sumie nie pracuje długo na tym stanowisku, ale może los choć raz okaże się dla niego łaskawy. – Nie, nie mogę dać ci wolnego – życie Sasoriego Akasuny jest do dupy, orzekł w myślach. – przynajmniej nie w tym tygodniu, upomnij się w przyszłym – powiedziała kobieta i odeszła stukając swoimi chodakami o podłogę na korytarzu.
- A żebyś wiedziała, że się upomnę – bąknął cicho, niczym małe fochnięte dziecko.
Wrócił do pacjenta i tym razem bardziej się zebrał w sobie, nawet pomógł pacjentowi ubrać buty. Wynik wyszedł siedemdziesiąt trzy kilogramy, a chłopak cieszył się schudł, co w sumie o niego nie jest zbyt dobre, ale to mu powie ktoś inny. Nie będzie go zasmucał.

Od razu po skończeniu pracy, wrócił po swojego syna. Nawet skorzystał z okazji pobytu w szpitalu i zapytał o te testy na ojcostwo, sam uważał, że to nie potrzebne i nie dopuszczał do siebie myśli, że to mógłby nie być jego syn. Wszedł do domu, a z pokoju Matsuri wybiegł mieszkający tu piesek i od razu przywitał się z panem. Po chwili usłyszał gwałtowny płacz dziecka i jakieś narzekania babci dochodzące z pokoju siostry. Czym prędzej tam dotarł. Kobiety starały się uśpić małego, ewentualnie zabawić, ale ten im nie pozwalał nie chciał zasnąć póki nie zobaczy swojego kumpla, jak mu tam było.. tata, chyba.
- Och, Sasori. Jesteś w końcu – czerwonowłosy podszedł do towarzystwa i wyciągnął ręce ku dziecku.
- Chodź do taty – mruknął ciepło, chłopczyk będąc w jego objęciach momentalnie się wyciszył. – Tęskniłeś? – uśmiechnął się do siebie, jak miło jest mieć kogoś, kto czeka tylko na ciebie.
- Jak to twoje dziecko to nie odziedziczył po tobie dziecięcych nawyków – zaczęła babcia Chiyo. – Ty byłeś bardzo spokojnym dzieckiem. Za dnia podejrzewaliśmy, że jesteś niemową, a w nocy, że umarłeś.
- Też chciałem to odczuć w stosunku do ciebie, babciu – uśmiechnął się wrednie.
- Nie wybieram się jeszcze z tego świata. Chyba ci się jeszcze przydam, wnuku.
Nic nie odpowiedział, jedynie uśmiechnął się wymownie. Matsuri wyżaliła się, że musiała szukać w necie jak się zmienia pieluchy, bo babcia już tego nie pamiętała. W dodatku jej uszy bolą! Oczywiście w dupie miał jej narzekania. Musi chyba dorosnąć do roli ewentualnej opiekunki. Wychodząc nie usłyszał żadnego znaczącego zdania w stylu „jakby co, możesz na nas liczyć” albo „jutro też się nim zajmiemy”. To było dla niego przykre, choć tego nie okazał. Jednak postanowił, że z pomocy babci będzie korzystał jak najmniej. Nie dlatego, że jest na nią zły… znaczy dobra, to też, ale chce pokazać, że da radę się nim zająć, a wszelkie domy dziecka nie były i nie będą potrzebne.
Po godzinie dojechał wraz z Naokim pod swój blok mieszkalny. Otulił dziecko dodatkowym kocem, aby się nie przeziębił, na dworze nie było jakoś specjalnie chłodno, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Gdy dotarł na drugie piętro, włożył rękę do kieszeni, poszukując kluczy. Uwagę przerwało mu głośne chrząknięcie, podniósł wzrok, a pod jego drzwiami czatowała cała banda jego przyjaciół.
- Co wy…
- Doszły nas słuchy, że dorobiłeś się syna – zaczął Yahiko, a Deidara jedynie spojrzał na niego pretensjonalnie, przecież to, że ma dziecko nie jest równoznaczne, że jest jego ojcem. To jest... może wątpić przy tej szmacie. Myśli trzeźwo, ale przy tej większości ma wrażenie, że robi coś źle.
- No! To zaprosisz nas do środka? – zapytał, wstający z podłogi Hidan. – W ogóle fajną masz sąsiadeczkę
- Tą czternastolatkę? – zakpił sobie Sasori. Na jego piętrze tylko taka mieszka.
- Wyglądała na osiemnaście – wtrącił Zetsu, wyraźnie zdziwiony tą informacją.
Nic nie odpowiedział, też by tak sądził, bo laska się ostro maluje. Otworzył drzwi mieszkania i zapalił chłopakom światło. Ich wizyta była dla niego nie lada zaskoczeniem, no bo co ich obchodzi wzajemne życie, najwyraźniej bardzo obchodzi. Nowy powód do naigrywania się.
- Ej, dlaczego nie jest rudy? – zapytał Hidan. Powinien być rudy. Chyba. Chociaż… zwykle to Noriko dominowała w ich związku, więc mogłoby tak być.. Saso to cipka, hehehe.
 - Bo jest czarny – bąknął Akasuna.
- Chodziło mi o włosy, rasisto!
- Mi też!
Wzburzył się, ale nie będzie się z tym głupkiem dogadywał, nie będzie mu tłumaczył o wpływie chromosomów dzielących się na dominujące i recesywne… nie zrozumiałby pewnie połowy wypowiedzianych przez niego słów.


DATA
15.02.2014

OD AUTORKI
Macie, wyrobiłam się! Uff xD
W sumie ten rozdział jest... no szału nie ma xD ale podoba mi się jego zwyczajność xD ale spokojnie, w następnych rozdziałach nadrobię humor :P Od razu mówię, że będzie sporo takich... poważnych rozdziałów, ale też potem by nie wiało nudą, będę wszczepiać do rozdziału śmiech :)
Dziękuję bardzo za wasze komentarze, za to że jesteście ;) weekend poświęcam waszym blogom, więc spodziewajcie się mnie, ci, u których zalegam xD
Pozdrawiam, narka ;* ;)